uzluga.ru
добавить свой файл
  1 2 3 4 ... 20 21
ROZDZIAŁ PIĄTY


Pięć innych duchów, wybranych dla Aneisneidy, przybyło już do Domu Larch. Jedna Veretranka, troje z Królewca i jeden z Islandii, który był prawdopodobnie najszczuplejszym mło­dzieńcem w swym kraju (Południowcy znani byli ze swej tuszy). I chociaż nikt oprócz Veretranki nie mógł się równać z Beau, przez pierwsze dni oszałamiali Korę. Ponieważ wybrano dokład­nie sześcioro, nie było mowy o współzawodnictwie, chociaż Kora chciała wiedzieć, w jaki sposób wieści o wyborze dotarły przez morza do wędrownych flamenów.

Chciała wiedzieć wiele rzeczy o Domu Larch. Zaintrygowało ją samo istnienie organizacji zajmującej się tylko upiększaniem i fakt, że była jedną z tuzinów podobnych w mieście. Nie myślała o niczym innym, czuła się sfrustrowana, wykluczona, owinięta w watę jak kruchy bibelot. Beau dostał pokój na ostatnim piętrze, gdzie zimowe światło wpadało przez okna w suficie. Nikt nie zakazywał im mieszkania w jednym pokoju i spania w tym sa­mym łóżku. Każdego dnia Beau miał przymiarki i lekcje z upiększaczami Larcha. Na samym początku upiększacze, fryzjerzy i krawcy ignorowali Korę, jak innych dwóch towarzyszy, ale każdego dnia podchodziła bliżej. W końcu Rain z Królewca odsunął się, i znalazła się, w kręgu oddychających i mówiących duchów, sześciorga najpiękniejszych młodzieńców i dziewcząt na świecie. Nie wiedziała, dlaczego upiększacze ją tolerują, ale była im za to wdzięczna. Być może uważali ją za zabawną. Na pewno nie przypominała innych towarzyszy: męża Veretranki i siostry jednego z Królewczyków, siedzących jak ucieleśnienia nieszczęścia w kątach ozdobionego lustrami pokoju.

Kora uwielbiała upiększanie. Razem z Beau uczyła się cho­dzić i siadać na każdym krześle, stawać w drzwiach i na szczycie schodów. Uczyła się, jak wchodzić do pomieszczeń. Od początku wyjaśniano jej, jak się uśmiechać i marszczyć. Dowiedziała się, jak dodać ciału i twarzy urody za pomocą ubrań i jak wybierać spośród wykrojów, które pokazywali jej krawcy, choć nie dostała żadnych nowych szat, jak Beau i reszta duchów. A najważniejsze, że nauczyła się zmieniać swoją twarz za pomocą cieni i pudru tak, że nikt nie rozpoznałby w niej dawnej Pokory. Upiększacze roześmiali się i zaczęli klaskać, kiedy odwróciła się od lustra w szuumie sutych spódnic, uśmiechając się sztucznie i mrużąc umalowane oczy. Po tym wydarzeniu niektórzy z nich zaczęli z nią rozmawiać, podczas gdy wcześniej pozwalali jej tylko słu­chać. Zostawali po zajęciach, aby zaspokoić jej głód wiedzy, zaczepiali ją na korytarzach. Pewnego pamiętnego razu panna Bareed, kalwaryjska krawcowa, zabrała ją do pobliskiej herba­ciarni. Po tylu dniach spędzonych w zamknięciu ulice Christonu zaatakowały Korę lawiną słów, obrazów i dźwięków.

Upiększacze nauczyli ją rzeczy, o których Beau nie miał pojęcia: na przykład, jak wprawić małą, metalową inkrustację w policzek Beau. Jeden z nich wygolił kępkę futra i wstrzyknął środek znieczulający, a kiedy chłopak zasnął, drugi wykonał nacięcia skalpelem tak płytkie, że rany nie były grubsze od włosa. Wprawił inkrustację na miejsce i założył opatrunek. Kiedy kilka dni później zdjęto plaster, blizny zmieniły się w białe liście przebijające przez przezroczysty kwiat.

W ten sposób podkreślono to, co Beau miał najlepszego; nie zmieniono go a tylko nadano mu szlif, zastępując instynkt wy­studiowaną elegancją. Nigdy nie wyglądał na bardziej pełnego życia.

- Gdybyśmy mogli wydobyć waszego ducha i pozostawić was przy życiu, nie musielibyście umierać - powiedziała panna Bareed. - Zabijanie jest najbardziej kwestionowaną częścią całego procesu tworzenia ducha. Nie będę się rozwodzić nad waszą pobożnością, ale wiem, że z takich czy innych powodów wszyscy chcecie umrzeć. - Stanęła na moment i uśmiechnęła się. - Wszyscy rozumiecie, co sprawiło, że urodziliście się tacy

i że koniecznie trzeba za to zapłacić. Nikt z was nie ucieka przed odpowiedzialnością.

Kora wiedziała, co to oznacza: „Nawet wy troje, Królewczycy i Islandczyk, ateiści”. Kora jednak nie rozumiała, czy ma to jakieś znaczenie, nie większe na pewno niż to, czy dostaną się bogom, czy ateistce. Wybranie na ducha było zaszczytem - albo tragedią - oraz źródłem zysku dla rodzin.

- A teraz ułatwimy wam wybór dekoltu sukni wieczorowej. Gracjo, masz szeroko rozstawione oczy, łatwo je przeakcentować. Musisz za wszelką cenę unikać upodobnienia swej twarzy do mordy drapieżcy. Jesteśmy świadomi słusznego niesmaku, jaki bogowie żywią dla drapieżców, i choć nie dostaniecie się żadnemu z bogów, będą was oglądać i mogą poczuć się urażeni...

Kora słuchała jak zaklęta, notując każde słowo w pamięci.

Nauczyła się tej sztuczki, gdy miała dwanaście lat. Jeśli chcia­ła, mogła przywołać niedzielne posiłki i słowa wypowiadane przez jej rodzinę, które, zamiast wpaść jednym i wypaść drugim uchem, zatrzymywały się w jej pamięci jak w ruchomych pia­skach. To było jesienią. Tici ugotowała gar gulaszu pełnego czerwonej fasoli, a przy nakładaniu każdy dostał kawałek zasty­głego na gulaszu kożucha. Korze bardzo smakował, bo myślała, że to owsianka. Chwilę później odkryła, że była to krew zabitego wołu i zwróciła cały posiłek. To też pamiętała.

W Domu Larch karmiono dobrze. Ona i Beau jadali w swoim pokoju, a może lepiej powiedzieć, że Kora jadła; od przybycia na miejsce Beau jadł bardzo niewiele. Była to część procesu mają­cego na celu spalenie każdej zbytecznej komórki tłuszczowej, skorygowanie jakichkolwiek oznak ordynarności, przekształce­nie muskularnego rolnika w arystokratę. Słychać było tylko brzęk sztućców. Nie mieli sobie nic do powiedzenia. Uwagi Beau, choć miały okazywać zainteresowanie Korą, raniły ją swoją sztuczno­ścią. Kiedy kończyli jeść, kładli się bez słowa do łóżka i leżeli pod kocami tak długo, aż sen nie spadł na nich jak chusta rzucona z wysokości ołowianego nieba.

Tylko raz w ciągu tygodnia obudziła się w środku nocy: otrzeźwiły ją krzyki z końca korytarza. To siostra Raina, ducha z Zachodu o ciepłym uśmiechu, robiła mu awanturę, gdy tylko zostawali sami.

„Takich towarzyszy nie powinno się tu wpuszczać”, pomyślała Kora. W końcu dziewczyna przebiła się przez skorupę brata i ten zaczął na nią wrzeszczeć. Przez ostatnie dni wyglądał na wyczerpa­nego i nic dziwnego, że zaczął się obawiać o własne piękno.

Nic mogła odróżnić słów. Zaczęła się za to zastanawiać, dlaczego było jej tak gorąco? Pływała we własnym pocie. Kręco­ne włosy łaskotały jej powieki. Beau przyciskał ją mocno do piersi i wolno oddychał wtulony w jej włosy.

Wspólny zapach dwóch ciał był dla niej zupełną nowością i sprawił, że zakręciło jej się w głowie. Rozluźniła uścisk i prze­sunęła się na drugi koniec łóżka. Noc była ciepła, nie potrzebował i koców. Jej babka, marznąca w czasie domesdiańskiej zimy, wiele by dala za takie koce. Nie, Gardenowie mają teraz dwieście owiec. Babka na pewno ma ciepłą kołdrę.

Kora podłożyła ramiona pod głowę i zapatrzyła się w niebo widoczne przez świetlik. Wysoko na niebie mrugała do niej niebieska gwiazda.

Następnego ranka Beau zachowywał się, jakby nic się nie stało. Zdarzenie to nigdy się nie powtórzyło. Jak się wkrótce okazało, była to ich ostatnia wspólna noc.

- Już czas - powiedział służący, który przyniósł śniadanie. Miał krzaczaste futro, w Domu był chłopcem na posyłki i często dotrzymywał Korze towarzystwa, gdy zmęczyło ją milczenie duchów. - Zbieraj się. Beau. Masz wybrać stój.

- Naprawdę? - Beau położył rękę na piersi wystudiowa­nym gestem, oznaczającym: „Ojej, wiele tygodni czekałem na taką szansę, ale naprawdę nie ufam memu gustowi, a w każdym razie nic chcę, żebyś ty wiedział, że ufam”.

- To test - odparł Kwcn. - I na twoim miejscu zjadłbym porządne śniadanie. Pałacowe bankiety są nic... - tu cmoknął w palce - nie do opisania, ale to sprawdzian. Duchy nie mogą jeść.

Beau rzucił okiem na tacę, gdzie parowały miski owsianki, a przekrojone tropikalne owoce nurzały się w pomarańczowym soku. Najwyraźniej nie miał zamiaru ich tknąć. Kora odprowadziła służącego do drzwi.

- Kwenie, czy wiesz coś o mnie i innych towarzyszach? - Przyzwyczaiła się do życia w Domu i nagle wszystko się kończy­ło. Uświadomiła sobie, że nigdy nie myślała, co stanie się potem.

- Co mam robić, kiedy oni pójdą do pałacu?

- Pójdziesz z nimi, oczywiście. Będziesz z Beau, dopóki go nie wybiorą. Po to tu jesteś: żeby o niego dbać.

- Wybiorą? - Kora uczepiła się tego słowa. - Znów? Kto go wybierze? Jak wygląda pałac? Powiedz! - Chwyciła Kwena za ręce, pusta taca upadła na podłogę. - Jak wyglądają ulice? Czy jest karnawał, procesja, taniec i jedzenie? - Przypominała sobie to, co widziała w Nece.

Kwen stał jak skamieniały, patrząc na nią. Włosy zasłaniały mu oczy.

- Koro - odezwał się w końcu. - To nie jest miejsce ani dla ciebie, ani dla mnie.

- Och - wyrzucając sobie głupotę, cofnęła się. - Ale proszę, powiedz mi, co mamy robić?

Odgarnął włosy i spojrzał w innym kierunku.

- Zgromadzenia w pałacu są tylko dla szlachty, która tam mieszka, a nie dla wszystkich, jak za czasów flamenów. Nikt nie wie, co się dzieje w pałacu, a jeśli chcesz zobaczyć nowe duchy, musisz zapłacić. Moi rodzice tak zrobili piętnaście lat temu, kiedy pojawił się Następca i wiele duchów. Czekali godzinami w kolej­ce, a potem przepchnięto ich przez pokój, gdzie one stały.

- Ale Kwenie, co dzieje się z duchami między naukami tutaj a ustawieniem w komnatach? Jak umierają?

- Nie powiem.

- Dlaczego?

- Bo nie wiem. Najważniejsze jest, żeby to zachować w se­krecie. Mało kto wie. O już się wygadałem! Boję się, odkąd cię poznałem. - Futro Kwena nastroszyło się. - Ty pytasz, a ja odpowiadam.

- Dlaczego?

- To chyba jasne? Czy widział ktoś kiedyś podobną towa­rzyszkę?

- Czy to znaczy, że bałeś się, że mi pomożesz, bo mnie lubisz?

- Nie znałem przedtem żadnych towarzyszy duchów - zmarszczył czoło.

- Pomożesz mi?

- Muszę zanieść tacę do kuchni! Wracaj do Pięknego, Koro! - Ruszył do kolejnego pokoju, jakby uciekał przed morową zarazą.

Kora czekała na korytarzu, aż wyschnie pot na jej rękach. Kwen powiedział jej wystarczająco dużo, a w jej głowie formo­wał się pewien plan. Beau potrzebował jej, ale nie miała zamiaru do niego wrócić. Potrzebował jej wyczucia stylu, a akurat to pragnęła zachować dla siebie.

Nadzieja zapłonęła w jej sercu jak płomyczek, którego nie mogła zgasić ani woda, ani piach. Kora zeszła po schodach.

Cały Dom Larch ogarnęło podniecenie. Kroki rozbrzmiewały w odległych korytarzach, jak głosy lamentujące za utraconymi dziećmi.

Kora odnalazła Ministrę Bareed w garderobie, między zwała­mi strojów uszytych dla martwych chłopców i dziewcząt. Pajety lśniły jak złoto. Przez moment Kora patrzyła na krawcową, a po­lem weszła do garderoby.

- Pokoro! Czy Elokwencja nie kazał ci zostać z Pięknym?

Nic wiedziała, że to rozkaz.

- Nie.

Krawcowa była giętka, koścista i pokryta granatowym futrem. Zakołysała się na obcasach.

- Muszę upomnieć tego chłopaka. Nigdy nie robi tego, co mu każemy, bo uważa, że obowiązkiem służącego nie jest rozmowa z duchami i towarzyszami. Nie nauczy się, że wśród pobożnych ludzi nic ma czegoś takiego jak służący! Wracaj na górę.

- Nie karz Kwena, proszę - głos Kory zabrzmiał słabo i fałszywie. - To moja wina. Zadałam mu tyle pytań, a on nie odpowiedział. Proszę, powiedz mi, co się dzieje.

Ministra nie potrafiła ukryć zaskoczenia.

- Jesteś towarzyszką. Nie mogę ci powiedzieć.

- Nie traktowaliście mnie jak towarzyszki!

- Ach, nie? - Westchnęła. - Nigdy nie traktowaliśmy cię tak, jak powinniśmy, ani nie powiedzieliśmy ci, jak bardzo cię ranimy. Niektórzy ludzie uważają towarzystwo rodzeństwa czy ukochanych duchów jak skrzydeł niezbędnych do lotu, ale odci­nanych ptakowi, gdy wsadza się go do klatki, za marnowanie ludzkiego życia. Niszczenie dwojga ludzi, aby stworzyć jednego ducha, nie jest ani konieczne, ani sprawiedliwe.

- Co rozumiesz przez niszczenie?

Ministra bawiła się wykończeniem mankietu.

- Patrz, co się z tobą stało. I co się stanie, kiedy zostaniesz sama, bez grosza i w żałobie. Sama zdecyduj, jak to nazwać.

- Czy to znaczy, że mi nie pomożesz? To niesprawiedliwe!

- Problem towarzyszy wynika z istoty flamenizmu. A Bra­ciszkowie i Siostrzyczki przestrzegają tradycji. Tylko ją mają po swej stronie i to ich ogranicza. Gdyby sprzeciwili się tradycji, podcięliby gałąź, na której siedzą.

- Mów dalej - powiedziała Kora tonem nie zdradzającym emocji. Ćwiczyła go przez ostatni tydzień.

- Belstem Summer i Goquisite Ankh chcą zmienić cały system wyboru duchów, aby uczynić go bardziej ludzkim i wy­dajnym. - W głosie Ministry zabrzmiała pogarda. - Chcą nas wykluczyć. To oni, nie flameni mają wybierać duchy na ceremo­nie. Ale nie oddamy ani piędzi ziemi.

- Aja...

- Tradycja nie przewiduje żadnych wynagrodzeń dla towa­rzyszy duchów. Przybycie tu jest dobrowolne. Jak samobójstwo. Żadne prawo tego nie zabrania. -Wzruszyła ramionami, marsz­cząc suknię. - Powiedzieli ci, że to poświęcenie z twej strony. Założono, że się zgadzasz.

- Nie wiedziałam, że wszyscy mnie opuszczą! - „Oddałabym ząb mądrości, żeby czymś zastraszyć tę zimną sukę”. - Myślałam, że jesteś moją przyjaciółką...

Zły ruch. Głos Ministry był zimny:

- Przyjaźń towarzysza znaczy dla mnie tyle co przyjaźń ducha. A jeśli zadenuncjuję cię za łamanie tradycji?

Kora przełknęła.

- Ja doniosę na ciebie flamenom. Zapłacisz mi za to, że traktowałaś mnie inaczej niż innych towarzyszy, rozbudziłaś fałszywe nadzieje na ocalenie.

- Powinniśmy cię traktować jak resztę, z tym się zgadzam. Ale zanim na nas doniesiesz... - jej głos zadrżał fałszywie - ...upewnię się, że nic więcej nie powiesz.

Gdyby pojedynki odbywano na groźby. Kora byłaby mistrzy­nią szermierki. Poczuła się dziwnie rozradowana: przynajmniej wiedziała, z czym ma do czynienia.

- Najpierw wbiję ci nożyczki w brzuch, potem rozetnę ci nimi gardło i będę patrzeć, jak krew płynie po podłodze, potem...

W pokoju zapadła cisza. Pot kobiety pachniał strachem.

- To cię czeka, Ministro, jeśli mi nie pomożesz. Co wybie­rasz?

- Zga... zgadzam się. Koro, nie jesteś tym, za kogo cię brałam. - Kora nie wierzyła własnym uszom. Nabrała ją! - Powiedz, co mam dla ciebie zrobić.

ROZDZIAŁ SZÓSTY


Dom Larch był jednym z najwyższych w Christonie, a przez świetliki w dachu widziało się niebo. Cytrynowożółty, zachodni horyzont zieleniał z nastaniem nocy. Pan Larch schodził ze scho­dów, naciągając płaszcz.

- Nikt z was nie pomyślał o zapaleniu świateł? - zawołał. - Jacy skromni! Nie chcecie, żebyśmy podziwiali wasze piękno?

Roześmiał się. Wszystkie duchy stały z torebkami lub sztyle­tami w dłoni, przybierając wyszukane pozy, wystarczająco blisko siebie, aby czuć ciepło ciał, jednak samotne. Ich oddech wydawał się nieustającym westchnieniem.

Zapalono ostatnią świecę.

- Cóż, idziemy! - rozkazał Larch, opierając ręce na bio­drach. - Zabijcie mnie, ale wyglądacie olśniewająco!

Jego śmiech był potworny. „Czy można służyć w Domu Larch zbyt długo?”, pomyślała Kora.

- Ustawcie się, ustawcie się, żebyśmy mogli was widzieć. Towarzysze przy boku swych duchów. Nie przejmujcie się, że nosi­cie zwykłe ubrania, nikt się nie obrazi. Ludzie wiedzą, kim jesteście.

„Nie, nie wiedzą”, pomyślała. „Bogowie, życzcie mi szczę­ścia, nie wiedzą!”. Jej oczy błądziły i tylko cmoknięcie Larcha uświadomiło jej, że spostrzegł, iż coś było nie tak.

Siedem duchów. Siedem ufryzowanych, obwieszonych ko­ronkami i biżuterią piękności uśmiechających się tępo - i tylko dwoje małych, szarych towarzyszy. Nieświadome napięcia, du­chy wpatrywały się bezmyślnie i uroczo w pustkę.

Reszta upiększaczy natychmiast dostrzegła wyraz twarzy Lar­cha. Mężczyźni i kobiety rzucili sobie przerażone spojrzenia, prze­biegli wzrokiem szereg duchów. Korze zrobiło się ciemno przed oczami. Nie wiedziała, jak długo jeszcze wytrzyma bez ruchu.

- No, wszystko z wami w porządku - rzekł w końcu Larch. - Mamy być w pałacu, gdy zapadnie noc, ale małe spóźnienie będzie mile widziane. Zrobimy lepsze wrażenie.

Upiększacze zaczęli śmiać się i gadać jeden przez drugiego; ich głosy zdradzały więcej niż ulgę. Podjęto decyzję, nie musieli już działać. Nie musieli kwestionować założeń wewnętrznego piękna, na których opierała się cała procesja duchów.

- Wyglądają wspaniale!

- Mówiłem, że Wella wybierze fioletową suknię, prawda?

- Cóż, chyba przegrałam zakład.

- Damy jej szansę?

- Nigdy nie zakładaj się z krawcem, panienko!

- Zasługuje na to. Nigdy nie widziałem podobnego jej to­warzysza, a na Solstycję minie czterdzieści lat, jak tu jestem.

- Ale kto jej pomógł? To musiał być...

- Jeden z nas. Ale nie ja.

- Ja nie.

- Ani ja.

I każdy zwracał oczy ku Ministrze Bareed, stojącej z boku z ramionami skrzyżowanymi na piersi i twarzą tak szarą, jakby ktoś ją wysmarował błotem.


***


„Co ja robię w tym idiotycznym płaszczu przypominającym klepsydrę?”, pomyślał Beau.

Nie pamiętał. Wiedział tylko, że najważniejsze jest, aby nosił go z gracją. Na dachu Domu Larch czekały lektyki. Pomiędzy dachami biegły wąskie, kręcone alejki. Beau ledwie zauważał światła wokół siebie.

Jego opiekunowie wyglądali obco w dworskich strojach. Nie przypominał sobie, aby widział ich wcześniej, ale był pewien, że rnusiał ich już wcześniej spotkać. Wepchnęli jego i innych do lektyk, jak bydło prowadzone na rzeź. Wciśnięty obok jasnofutrej dziewczyny, której imienia nie pamiętał, Beau ze stoickim spo­kojem znosił niewygody podróży. Tragarze nieśli lektyki po niezliczonych schodach.

W końcu stanęli twardo na ziemi, nie dachu czy moście, i tragarz odsunął zasłonę. Pochodnia oślepiła Beau i miał szczę­ście, że utrzymał równowagę, wysiadając.

Kora pochyliła się ku niemu i wyszeptała:

- Nie rozglądaj się, Beau! Ale cię podziwiają!

Byli ośrodkiem zainteresowania tłumu; kobiety i mężczyźni przerywali pracę i wszyscy na nich patrzyli. Ciało Beau od razu przybrało właściwą pozę, Kora poszła w jego ślady sekundę później. Jej zdolność naśladowania była bez zarzutu. Tylko w nie­wielkim stopniu Beau przejmował się teraz Korą, ale zauważył, że ubrała się jak duch i szła w szeregu z innymi. To źle - źle! Ale nie wiedział, dlaczego. Była piękna, uróżowała policzki, oczy jej lśniły. Czyż nie zasługiwała na zaszczyty jak on?

Nie potrafił się skupić na tym pytaniu. Podeszwa jego buta cuchnęła gnijącą rybą, w którą wdepnął i ogarnęło go zdenerwo­wanie, które ustąpiło dopiero, gdy wytarł but o bruk. Starał się rozejrzeć. Wielki plac targowy, na którym stanęli, pełen był straganów i budek. Tłumy zielonofutrych deltan zatrzymały się w samym środku posiłku, czy też picia i robienia zakupów, a garstka kieszonkowców używała sobie na nich w najlepsze. W powietrzu unosiły się opary alkoholu, wszędzie płonęły kopcą­ce pod niebiosa pochodnie. Jak we śnie Beau usłyszał szum fontann i poczuł kilka kropli wody, które spadło mu na twarz.

- Plac Antyproroka - powiedział krawiec do innego ducha. - Był najświętszym miejscem w mieście. Nazywał się Placem Suvret Cata, na cześć pierwszego Dywinarchy. W Elipsie zasia­dało dziewięciu flamenów i wszyscy tu mieszkali.

„Ten plac jest pięciokątny”, pomyślał Beau. Plac ograniczały ogrody, w których stały wielkie domy. Największa z posiadłości nie miała ogrodu, a otwierała się wprost na plac: przypominała olbrzymią, sześciopiętrową muszlę z szarego kamienia. Im bliżej byli rozwartych drzwi, tym bardziej przypominały one czarną paszczę. Roiło się w nich od kolorowych strojów. Kiedy Beau wspinał się po schodach ku przyciągającym go słowom i spojrze­niom tłumu, zawładnęło nim ciało i wyuczone gesty. Otaczały go kolory. Palce dotykały jego ubrania, szczypały i ciągnęły. Z tyłu zadudnił jakiś głos i dłonie cofnęły się na chwilę, aby opaść go znów jak harpie.

Usłyszał gwałtowny łoskot. Drzwi się zamknęły.

Zupełnie, jakby wraz z nimi zamknięto w środku niezwykle ciepłą noc: Beau zaczął się pocić, ale jego ciało dawało sobie radę. Uśmiechał się i całował nadstawiane policzki, nie patrzył nikomu w oczy. Wokół wirowały suknie, szale i fraki. Przejście koryta­rzem z grubego kamienia ochłodziło go trochę, a potem stał w szeregu u boku Kory - oddychała tak szybko, jej oczy lśniły tak jasno, nie miała w sobie nic z chłodnej, dalekiej postawy ducha! Czy nikt tego nic widział? Może nikt nie stał wystarcza­jąco blisko. Szlachta otoczyła ich, a gwar rozmów odbijał się echem w pomieszczeniu. Powoli goście rozsunęli się przed męż­czyzną i kobietą. Światło pochodni było tak mocne, że Beau dostrzegł przy nozdrzach damy źle rozłożony puder.

Mężczyzna, tłusty Królewczyk, odziany był tak koszmarnie, że nie mogło to być przypadkiem.

- Siedem. Wszyscy zamilkli.

- Siedem, to dobra liczba, panie Larch. Zbyt oczywiste byłoby przysłanie sześciu, numeru krzesła, na którym zasiada Aneisneida w Radzie, nieprawdaż, panie Larch? Jestem pełen podziwu.

Krawcy odetchnęli z ulgą za plecami duchów.

Krok po kroku, mężczyzna prowadził młodą kobietę wzdłuż rzędu, zatrzymując ją za każdym razem, gdy dostrzegł coś, co mu się spodobało.

- Szkoda, ze nie możemy im zakazać przysyłania tych szczurków - zamruczał, mijając męża Welli, Veretranki. - Oto najlepsza ze wszystkich, zapamiętaj moje słowa, Anei - orzekł, gdy stanęli przed Korą.

Wtedy to Beau zorientował się, że mężczyzna to ateista Belstem Summer, a wątła, młoda kobieta musiała być jego córką, Aneisneidą.

Przyszłą właścicielką Beau.

Beau nie miał zamiaru na nią patrzeć, ale część jego umysłu wysłała sygnał: niebezpieczeństwo!

,.Nie bądź głupi, ten kłębek nerwów nawet pchły by nie zabił!”

Wobec tego kto zabijał?

- Wspaniała gromadka! - Summer jowialnie położył dło­nie na ramieniu Beau i innego ducha, wyglądając pomiędzy ich głowami. - Niepospolita! Po prostu porywająca! Na krew bo­gów, twój zespół tym razem przeszedł sam siebie, Larch!

Upiększacze zgromadzeni za Beau, poczuli się mile połechta­ni. Larch wystąpił i skłonił się głęboko przed Summerami.

- Służenie tobie i twym przyjaciołom, panie, to zawsze przyjemność - wymruczał. - A szczególnie twej pięknej córce.

- Przeciągnął wargami po jej dłoni.

- Tutaj niebezpiecznie jest być zbyt pięknym! - burknął Sum­mer. - Larch, ty stary wężu! Dobrze, że nic jej nie grozi! Ha, ha!

Zgromadzeni parsknęli śmiechem, nawet Larch, nawet Aneisneida, a nawet, pełna niedowierzania Kora. Beau zlodowaciał, ale zdobył się na szybkiego kuksańca Korze w żebra. Summer był bez wątpienia najbardziej niebezpiecznym mężczyzną w komna­cie. Tylko bogowie wiedzieli, co stałoby się z Korą, gdyby wpadła.

Prawdopodobnie zainteresowanie Beau ją uciszyło. Zamknęła usta i rozpostarła wachlarz. Kiedy goście znów ich otoczyli, paplając, gładząc i dotykając, wspaniale grała ducha, zachowy­wała godność i pozwalała się obmacywać. Beau nie spuszczał z niej oka. Strach sprawił, że ponownie stał się sobą.

W końcu ktoś wykrzyknął:

- Dlaczego tu stoimy? Powinniśmy ich oprowadzić! Myrthesa, zajmij się tą dziewczyną, a ja zajmę się tą! Weź ją pod rękę. Ruszamy!

- Do salonu muzycznego. Selenie?

- Nie, nad staw liliowy! Tam, gdzie na środku stoi ten niesamowity duch z Islandii, musisz pamiętać, kochana...

Beau nigdy nie widział ducha, był więc zupełnie nieprzygoto­wany na szok, jaki go czekał niemal w każdym pokoju tego domu.

Duchy ubrane, nagie, samotne, w obscenicznych pozycjach gapi­ły się arogancko nad głowami tłumu. Każdy włos na ich ciele był twardy jak kamień, podobnie niemodne stroje, które nosiły. Ich włosy, oczy i ubrania wyglądały jak pociągnięte pędzlem artysty, zupełnie, jakby dopiero co zeszły z jakiegoś malowidła.

Każdego otaczał intensywny, nieziemski chłód, od czubków pal­ców po ramiona. Ale kiedy Beau zmusił się do dotknięcia twardego, doskonałego rękawa, przekonany, że przywrze do jego dłoni jak żelazo, ze zdumieniem przekonał się, że materiał nie jest zimniejszy od drewna. Czyste, nieskażone szczęście oszołomiło go jak wino.

Kiedy dotknął następnego, podniecił się tak bardzo, że prawie zemdlał. To była naga kobieta, wygięta w tył, z ręką na kroczu. Inny duch służył za kandelabr, a wosk spływał mu po ramionach. Przy nim Beau poczuł straszny ból w mięśniach, który zapewne miał przypominać ludziom, co czują sprzęty gospodarstwa domo­wego. Myśl o dotknięciu kolejnego napawała go obrzydzeniem, ale nic mógł tego powiedzieć ateistom, którzy co chwilę wpychali go w czyjeś objęcia.

Znajdowali się w pokoju urządzonym w stylu veretrańskim: kolorowe mozaiki zdobiły sufit, na podłodze leżały deski, a stoły i krzesła inkrustowano szkłem. Kobieta zwana Selenie otoczyła Beau ramieniem owiniętym w tyle warstw jedwabiu, że przyszła mu na myśl lalka.

- Oczywiście, Aneisneida nie ustawi cię tutaj, jestem pew­na. Umieści cię w sypialni albo w gotowalni. Miło znać swój kontekst, prawda? Summerowie używają parteru do przyjęć. Te krzesła sprowadzono z Grusseli w zeszłym miesiącu - piękna woluta! Czerwona farba jest, jak mi wiadomo, pozyskiwana z gotowanych piór. Mam u siebie podobny komplet. Rodzina mego męża jest jednym z najstarszych lordostw w mieście Delta. Nasz przodek był uczniem samego Antyproroka.

- Twój ród liczy sobie tylko dwieście lat! - powiedziała Kora głośno, nie ukrywając obrzydzenia. - Moja rodzina miesz­kała w naszej dolinie w barbarzyńskich czasach przed Wojnami!

Zapadła krótka cisza. Jakaś kobieta syknęła:

- To mówi! Na krew bogów, to mówi!

Pewien mężczyzna, zupełnie niezorientowany w temacie, rzu­cił złośliwie:

- Co to rozumie przez „barbarzyńskie czasy”? To był złoty wiek, kiedy świat nie znał tyranii flamenów. Niech to szanuje dom, w którym się znajduje!

- Nie masz pojęcia, o czym mówisz, lordzie Moore - powiedział jasny, mocny głos, który Beau słyszał już wcześniej. - Niech ignorancja odzywa się, gdy się rozumu nauczy!

Jakby odpowiadając, szklany delfin na stole zadzwonił cien­ko. Gdyby głos był donośniejszy, szkło rozprysłoby się na kawałki.

- Który to obraził flamenów, moje kotki?

Kiedy goście cofnęli się, Beau zobaczył mówiącego.

Jego skóra była blada, pozbawiona futra i opalizująca w świet­le pochodni; jednak nie wyglądał nago. Był wyższy niż wszyscy obecni, ale nienaturalnie szczupły, a jego mięśnie mocno odzna­czały się pod koszulą. Rysy twarzy miał ostre i perwersyjnie piękne, jak zagłodzone dziecko. Jego oczy były olbrzymie, jedno brązowe, a drugie niebieskie.

Mięśnie u podstawy skrzydeł pracowały rytmicznie; krawędzie rozcięć w koszuli uniosły się i przylgnęły do skóry. Jedwab naprężył się na jego piersi. Zmierzył wzrokiem ateistów otaczających Korę, a skrzydła spływały mu na ramiona jak półprzejrzysta peleryna.

Beau rozpoznał istotę widzianą na niezliczonych, rzeźbionych w drewnie podobiznach. To był sam Waleczny.

Jedna z Inkarnacji.

Bóg.

- Pli - zamruczał ktoś z respektem.

- Przyszedłem popatrzeć, jak tam wasze małe zgromadzenie towarzyskie i słyszę, jak obrażacie moich ludzi. Och, mówcie nam to prosto w oczy. Dlaczego miałbym się tym przejmować? Gdzie Belslem? - Waleczny zatupał bosą stopą. Szpony wysta­wały mu z pięt jak ostrogi. - Nie ma go? Dziwne, myślałem, że zostanie do końca, żeby się upewnić, że nie ukradniecie urodzi­nowych prezentów jego córki.

- To nie są jej urodziny, Pli - powiedział ktoś ponuro.

- A powinny. To niewinne dziecię zasługuje na urodziny od czasu do czasu. Gdzie one są? Mówię o duchach - Pli był złośliwy. - Zbyt często wy, ludzie wolnomyślący, nie nadążacie za mną. Lepiej już zaryzykować bycie dosłownym, niż wpaść w pułapkę niezrozumienia. Gdzie one są?

Kiedy bóg wspomniał o duchach, Beau wydawało się, że wyczuł w jego głosie podniecenie. Kątem oka dostrzegł, że Kora przepycha się przez tłum i patrzy na boga z bezwstydną zachłannością.

- Jeden z nich mówił, gdy przybyłem - rzekł Pli. - Duch dający głos tuż przed wiecznym uciszeniem!

Powietrze za nim zapadło się. Beau miał wrażenie, że wpatruje się w dwie olbrzymiejące słoneczne plamy. W twarz dmuchnęło mu gorące powietrze, uniósł się zapach palonej siarki. Po obu stronach Pli stanęły kolejne istoty.

Nikt nie wrzasnął ani nie zemdlał. Pli skłonił się przybyłym bez mrugnięcia powiekami.

- „Jak leci?”, jak zwykli mawiać nasi przyjaciele tutaj. Belstem nie oprowadził wycieczki po domu. Jestem zadziwiony, bo uwielbia pokazywać swe nabytki. A jego zausznicy ociągają się z pokazaniem mi ślicznotek. Wyobrażacie sobie podobne nieposłuszeństwo?

Jedna z bogiń była niższa od ludzi. Nie nosiła ubrania i nie miała skrzydeł. Gąszcz ciemnoniebieskich włosów spływał jej do kolan, okrywając ciało. Jej twarz składała się z samych ostrych kątów, a olbrzymie oczy były czarne.

- Pli, dręczysz ich. - Podeszła do Królewczyka i wygładziła mu płaszcz dłońmi elfa. Potem wśliznęła się między gości, prze­pchnęła wśród spódnic, krzycząc: „Juuupiii!” Niektóre kobiety za­chichotały nerwowo i zatańczyły na palcach. Nikt jednak nie wyda­wał się urażony ani jej wtargnięciem, ani gburowatością Pli.

- Co ty wyprawiasz. Przetrącony Ptaku? - Pli usiadł na szklanym krześle i leniwie zdrapał z niego ornament. Jego paznok­cie musiały być ostre jak szpilki. - Uwodzisz męża jakiejś biedaczki, która stoi obok ciebie? Wiem, do czego jesteś zdolna w najbardziej nieodpowiednich momentach.

Jedna z dam spojrzała na szkło na podłodze i westchnęła.

- Panie, czy możesz kazać im przestać? Kolacja wystygnie! - zawołała.

Kiedy Beau rozglądał się, zachodząc w głowę, do kogo były skierowane te słowa. Przetrącony Ptak wyrosła tuż przed nim. Użyła tej samej sztuczki, co wcześniej, ale on cofnął się nie z powodu gorącego podmuchu, tylko na widok jej twarzy tuż przed swoją. Jej włosy oplotły mu nadgarstki. Wrzasnęła przeraźliwie:

- Mam jednego! Cierpliwość! Miłosierdzie! Jest jeden i do tego śliczny!

Kiedy się cofała, ciągnąc za sobą Beau, stanęła na czyjejś stopie. Wnioskując z okrzyku bólu, szpon przebił trzewik, stopę i zatrzymał się na podłodze.

- Och! Och, na Moc... - Obróciła się, odsuwając włosy z oczu. - Damo Minnowquay, stopa twojej córki! Tak mi przykro...

Uklękła i zaczęła delikatnie ściągać trzewik. W tym czasie ktoś chwycił Beau za włosy i pchnął go na otwartą przestrzeń.

- O, tak - westchnął jego nowy strażnik. - Przepyszny.

- Jeśli kiedykolwiek się z tobą zgadzam. Miło, to rzadko - powiedział Pli, nasuwając na oczy fioletowe, półprzejrzyste po­wieki. - Ale tym razem jesteśmy jednomyślni.

- Mmmm.... - Trzeci bóg puścił Beau i przerzucił nogę nad delikatnym krzesłem, kołysząc się i wciskając kolano w po­duszkę. Beau mógł tylko uśmiechnąć się blado. - Przysięgam, flameni nadal wybierają najlepsze duchy.

- A ty zazdrościsz im więcej niż jednej rzeczy, Miło - rzucił ostro Pli.

Miło wzruszył ramionami.

- Sądzę, że to komplement dla twoich ludzi i pośrednio dla ciebie. Nie zasługujesz na wyjaśnienie i go nie otrzymasz.

- Wyjaśnianie jest batem tego, kto powozi masami.

- O, uważasz się za masę, Pli? A mnie za swego pana? Pochlebia mi to.

Pli zaczerwienił się. Był to dziwny widok: ponieważ nie miał futra, jego twarz pociemniała od nabiegającej krwi, a skrzydła zadrżały. Miło uśmiechnął się zwycięsko, po czym odwrócił się do Beuu. Jego skóra miała przytłumiony, mszysty odcień. Okrywała kości grubsze niż u Pli, a ciało Miło było potężniejsze, bardziej człowiecze. I chociaż miał wystające kości policzkowe, podbró­dek i brwi Jego twarz wyglądała na zdolną do wyrażania ludzkich uczuć, w przeciwieństwie do Pli i Przetrąconego Ptaka.

Ale mimo to, nie można go było pomylić z Królewczykarni. Oprócz nagiej skóry miał długie i zaokrąglone łopatki, u bosych stóp sześć palców, zakończonych pazurami zostawiającymi rysy na posadzce, a szpony u rąk mogły jednym ruchem pozbawić Beau oczu. Jego włosy miały dziwny, fioletowobrązowy odcień, który ludzie uznałiby za nienaturalny. „Teraz rozumiem, dlaczego bogowie tak cenią piękno. Sami nie są piękni. To ma sens... Prawda?”, Beau doznał nagłego objawienia.

- Cóż, Piękny - rzekł Miło - na pewno masz styl. Podoba mi się twój płaszcz. Czy mogę go sobie wziąć, kiedy umrzesz?

- Pociągnął Beau za rękaw. Beau żałował już wybrania tej niedorzecznej części garderoby, uszytej z brokatu w kolorze kukurydzy, z białą koronką wyzierającą z mankietów i dekoltu. Sztywne kołnierze otaczały jego twarz i pogłębiały złocisty kolor futra. Podkreślił oczy fioletowym cieniem. „Świetnie”. Przybrał pozę, prezentując Miłowi pełen efekt.

- Och! Och, powalasz mnie na kolana. - Bóg pogładził policzek Beau. - Czy pójdziesz ze mną do łóżka, chłopczyku? Chciałbym cię rżnąć i rżnąć...

Pli pozbierał się już i złośliwie niszczył krzesło, na którym siedział.

- Zamknij się, ty wywłoko. Biedak zaraz się porzyga. - Obrócił się ku Beau. - Wynoś się! Nie chcemy cię! - A do reszty zgromadzenia: - Dobra, won! Idźcie na swój bankiet, pijcie wino, folgujcie sobie jak wieprze!

Przetrącony Ptak zawiązała bandaż wokół stopy dziewczyny, którą zraniła.

- Nie mogę nawet wyrazić, jak mi przykro, że zepsułam ci wieczór, kochanie. Idź do damy Summer i poproś o właściwą opiekę, może uda ci się jeszcze zatańczyć. - Uśmiechnęła się, ucałowała obandażowana, stopę i zniknęła. Dziewczyna i jej mat­ka wyszły w pośpiechu.

Pli zaśmiał się grubiańsko.

- Godo! - wrzasnął. - Wiem, że gdzieś tam jesteś, ale tym razem zrobiłaś sobie cholernie dobry makijaż! Przez dziesięć minut cię nie znalazłem! Idź, Piękny.

Beau skłonił się, obrócił i odszedł szybko i wdzięcznie.

- Pli, nie niszcz rzeczy tylko po to, by zabić nudę - usłyszał głos Miło. - Ja mogę robić wszystko, czego zapragnę, bez uciekania się do zniszczeń. - I zakołysał się na kruchym krześle, kręcąc nim w kółko. Piękny jak motyl.

Kora czekała na Beau przy drzwiach. Błyszczący pył z jej stanika zniknął: musiała pozwolić deltanom dotykać się, aby zaspokoili swą ciekawość, grzeczna jak prawdziwy duch. Gapiła się na bogów z takim skupieniem, że ledwo go dostrzegła.

- Na co czekasz? - syknął. - Domyślą się, że nie jesteś prawdziwym duchem!

Jej twarz pobladła, a szczęka opadła. Niesamowite, jak jej się udało pogrubić wargi. Ale to prawda, że nie powinna się odzy­wać! Epizod z bogami sprowadził go na powrót we własne ciało.

- A to co? - Pli patrzył na nich przyjaźnie. - Kolejny duch? Czy to jej głos słyszałem?

- Nie bądź śmieszny, ty skrzydlata pokrako - odparł Miło. - Daj im odejść! Nic z nich nie wyciągniesz, umierają ze strachu na stojąco.

Ale Beau czuł na sobie spojrzenie Następcy, zanim Pli odwrócił jego uwagę kopniakiem, który połamałby ludzkie żebra. Beau zapa­miętał ten obraz do końca życia: najbardziej czczone istoty świata kręcą się na krzesłach w pustym pokoju, gdzie na podłodze jest rozmazana krew i kłócą się o metafizyczną jakość ludzkich duchów.


***


- Owoce morza, kochanie?

Kora śledziła tłuste palce wyciągające widelec. Kawałek mię­sa był biały i dzwonkowaty, ale wyglądał jak wołowina.

- Jeżowiec, bardzo wolny i niezgrabny, kochanie. Młodzi ludzie uczą delfiny polowania na nie. Oczywiście, niewiele ich zostało na bagnach, więc to prawdziwy rarytas.

Kora wolno pokręciła głową.

- Doskonale! - Dama nazywała się Arolette Meadowlord. Położyła jeżowca na swoim talerzu. - Ale, moja droga, prawie nic nie zjadłaś! - Pokazała talerz Kory pełen kawałeczków tego i owego. Kora rzeczywiście nic nie zjadła, chociaż była bardzo głodna. Zrozumiała, że wcześniej, w holu, była niewybaczalnie lekkomyślna. Teraz wolała się strzec. Śmierć mogła się czaić w jeżowcu albo szparagach, ryżu czy krokietach. Nie odważyła się zaryzykować i sprawdzić, w jaki sposób ateiści chcieli ją zabić.

Dama Meadowlord przeniosła swą uwagę na drugiego sąsia­da. Zapłaciła gotówką za przywilej siedzenia obok Kory i była zła, że nie potrafiła skłonić jej do rozmowy.

- Wy prostaccy nuworysze! - rzucił wściekle stary lord. - Nie znacie się na pałacowej etykiecie. Zarobiliście pieniądze na hodowli łani w zimie! - Meadowlordowie, ciężko zbudowani i białofutrzy, pochodzili z Islandii. - Co żona pasterza wie o duchach? Byli Lenami, jak ja, wiedzą, moja oświecona pani, że duchy nie powinny ani jeść, ani mówić. Widziałem duchy wybra­ne na inaugurację Miło. Spójrz na nią: zna swoje miejsce, w prze­ciwieństwie do ciebie!

Kora spuściła wzrok na złożone ręce. Wypolerowała paznok­cie i pomalowała je. Świetlisty puder na dłoniach sprawiał, że jej futro wyglądało jak srebrno-złoty plusz, a nie szczecina.

Po chwili odważyła się podnieść oczy. Sala bankietowa była największym pomieszczeniem, jakie w życiu widziała. Na całym su­ficie namalowano freski przedstawiające ludzi i bogów, teraz stały się one matowe pod warstwą brudu. Kobierce, którymi wybito ścia­ną były u góry poplamione i nadjedzonc przez mole, ale piękniały bliżej podłogi. Głosy biesiadników biegły pod dachem jak rzeka.

Była pewna, że Beau, sprawiający wrażenie rozmarzonego, siedział jak na szpilkach. Z jej winy. Dlaczego dała mu powód do zmartwień? Do jej uszu dobiegł dźwięk srebra i szkła, a procesja służących z tacami zasłoniła Beau. Przy stole obok siedziała Wella, Cienci i Telli - przynajmniej miała nadzieję, że to oni. I Ameli, mała, pobożna Królewczynka, którą zaaprobował Belstem Summer. Wbrew zwyczajowi rozśmieszał ją i zmuszał do rozmowy z jego córką. Aneisneida wyglądała, jakby to ona, a nie Ameli, miała zostać duchem.

Pochodnie oświetlały wejścia. W drzwiach znajdujących się dokładnie naprzeciw Kory stała drobna Kalwaryjka w wiśniowej sukni, trzymająca Raina za rękę. Jej gesty jasno wskazywały, że pragnie jego towarzystwa. „Ale moja siostra...”, sprzeciwił się Rain niemrawo, wskazując salę.

Jego siostra stała między najlepszymi stołami, zauważana tylko przez służących, którym zawadzała. Szarpała spódnicę i rozglądała się wokół za Rainem, zdenerwowana do szaleństwa.

„Zostaw ją”, powiedziały gesty Kalwaryjki. „Chodź”.

Rain zniknął, a siostra nadal desperacko szukała go wśród gości. Kiedy ludzie zaczęli zwracać na nią uwagę, wygładziła spódnicę, wybrała na chybił trafił drzwi i wybiegła. Kora zadrżała i zacisnęła ręce na pustym pucharze. Był zrobiony z czaszki psa solnego, z oczodołami zalutowanymi srebrem.

- Przepraszam - powiedział ktoś nad jej ramieniem. - Obserwowałem cię. zafascynowany, droga damo, i nie mogłem nic zauważyć, że piłaś tylko wodę. Żaden zwyczaj nie zabrania duchom picia alkoholu. Niektóre damy uważają, że w dobrym tonie jest nalewać im tyle, ile mogą wypić. Osobiście nie podzie­lam ich zdania, jednak chciałbym nalać ci wina. Czy mogę?

Kora obróciła się powoli, kontrolując swe ciało aż po koniusz­ki rzęs. Jej drugim sąsiadem był młody Królewczyk o wyszuka­nych manierach. Miał duże, muskularne dłonie. Przysunęła mu swój puchar, a on napełnił go winem.

- Jestem kupcem z Zachodu - powiedział.

Wino płynęło jak czerwona oliwa ku brzegowi pucharu. Po­kazała gestem, że wystarczy. Pomyślała, że go lubi. Gdzie się podziała nadmierna poufałość, którą, tacy jak dama Meadowlord, pokrywali ciekawość? Albo nerwowe obrzydzenie innych? Dopóki dama Meadowlord nie zostawiła jej w spokoju, kupiec nie próbował zwrócić uwagi Kory, ale też nie wpatrywał się w nią jak sęp w padlinę. Traktował ją jak normalną osobę.

- Moja ciotka jest głową cechu kupieckiego na Zachodzie - rzekł. - Wysłała mnie. abym wynegocjował układ handlowy z lordami Miasta Delta. Droga jest niebezpieczna, szczególnie teraz, kiedy tylu ludzi opuszcza swe niegościnne domy. Musieli­śmy zapewnić bezpieczeństwo karawanom. Bardzo chciałem zo­baczyć stolicę świata i nie rozczarowałem się.

Dała mu znak, aby mówił dalej. Wypalone pochodnie zastą­piono nowymi, a Belstem Summer, coraz bardziej pijany, śmiał się głośniej i częściej. Kilkunastu muzyków weszło do sali i bez słowa zaczęło grać. Dźwięki odbijały się od sufitu i Kora miała wrażenie, że gra nie piętnastu, a pięćdziesięciu ludzi. Smyczki śmigały po strunach skrzypiec, wiolonczeli i kontrabasów, palce ślizgały się po fletach, rożkach i saksofonach. Jedna po drugiej pary wstawały i zaczynały tańczyć między stołami. Nastrój zmie­nił się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki.

- Duchy często nie chcą tańczyć - wyszeptał kupiec. – Ale, moja droga, mają prawo do innych przyjemności. Nie mam wielkiej nadziei, ale wyznaję, że znalazłaś miejsce w moim sercu.

Sprzątnięto obrusy i zastawę ze stołów, biesiadnicy rozluźnili się i obserwowali tancerzy przemykających pomiędzy stołami. Ręka kupca spoczęła na rękawie Kory.

To nie było właściwe, ale jej własny język zdradził ją:

- Tak! - usłyszała swój głos. Dama Meadowlord otworzy­ła usta, kiedy kupiec wstał i wyciągnął do Kory rękę. Był wyższy, niż przypuszczała, a pod jedwabnym frakiem rysowały się mięś­nie rybaka. Koronki otarły się o koronki, podążyli ku wyjściu.

- Dom Summerów jest bardzo duży - szepnął kupiec. - Na pewno któryś z pokojów będzie wolny.

Kora roześmiała się. Czuła, jak między ich palcami przeska­kują iskry. „To zwyczaj”, pomyślała w euforii. „Zwyczaj!”

Ale żadna z komnat nie była wolna. Alkowy zajmowały pary zatopione w sobie, obojętne na resztę świata.

- Obawiam się, że będziemy musieli pojechać do mnie - powiedział kupiec do Kory, kiedy natknęli się na trzecią parę zajętą uprawianiem miłości. - Oczywiście, jeśli chcesz, pani? - Skinęła głową. - Miałem nadzieję, że nie będziemy musieli wychodzić, ale to niedaleko. Nocuję w Bagnisku.

Wyszli tylnymi drzwiami i ruszyli na plac przez furtkę w mu­rze. Kupiec zatrzymał rykszę i wydał szereg skomplikowanych rozkazów. W rykszy, otoczony mrokiem, zaczął ją delikatnie całować. Czy wiedział, że nigdy przedtem się z nikim nie cało­wała oprócz Beau, kiedy mieli po czternaście lat? Prawdziwe pocałunki były dla nich tabu, które pomagało zachować cnotę. Młody kupiec ssał jej wargi, a jego język ślizgał się po jej zębach. Nagle pociągnął ją na swoje kolana.

Rykszarz zapukał w palankin, a potem odsunął zasłonę. Kora pozwoliła prowadzić się do drzwi domu, przed którym stanęli. Uliczka biegła jak kanion między wysokimi domami i sklepami, cichymi i zamkniętymi. Biała koszula rykszarza lśniła w mroku, a gwiazdy rzucały mgliste światło. Gdy kupiec otworzył drzwi, poczuła zapach perfumów, przypraw i kurzu.

- Na górę, słodki duchu - rzucił mężczyzna. Poprowadził ją szerokimi schodami. Kiedy byli na górze, usłyszała czyjś wrzask dobiegający zza zamkniętych drzwi. Kupiec skrzywił się.

- Inni mieszkańcy. Nie zostanę tu dłużej, dom ma gorszą reputację, niż sądziłem. - Otworzył drzwi na końcu korytarza.

Po obu stronach dużego łóżka płonęły pochodnie. W oknach wisiały grube, koronkowe zasłony, a na podłodze stała waza pełna wielkich dzwonków, wypełniających pokój swym zapachem. Framuga, z której wyjęto drzwi, wskazywała drogę do dalszej części mieszkania.

- Och - szepnęła Kora, zapominając się. - Och, jak pięknie! Panie - schwyciła jego dłonie. - Panie, jestem dzie­wicą. Proszę, bądź delikatny...

Uśmiechnął się do niej czule.

- Będę tak łagodny, jak tylko potrafię. Będzie cię trochę boleć, ale mam nadzieję, że przyjemność zagłuszy ból.

Przycisnęła czoło do jego niezwykle silnego ramienia:

- Panie... jak ci na imię?

- Ziniquel - odparł po chwili. - Mam na imię Ziniquel. Szeptała jego imię, kiedy zaczął ją rozbierać. Zadrżała, gdy suknia zsunęła się z jej piersi i bioder. Dzięki bogom, że wtarła złocisty pył w całe ciało, a nie tylko w odsłonięte części! Z dresz­czem przyjemności pomyślała, że wygląda jak złota rzeźba. Ziniquel wstrzymał dech.

- Duszku, jakże cielesna jesteś. I jaka wytworna! - Zdjął frak, koszulę, kryzę i buty. Widziała wybrzuszenie w jedwabnych spodniach, ale nie zdjął ich jeszcze. Zdusił jedną z pochodni i wprawnie zbił Korę z nóg, posyłając ją na łóżko.


***


Później wyszeptał:

- Trzymaj... to kwiat. Chcę zobaczyć, czy pasuje do twego futra. Oboje jesteście złotobrązowi w świetle pochodni... - Pochodnia dogasała. Kora, nasycona i śpiąca, pomyślała, że więk­szość pudru musiała się zetrzeć, ale pewnie tego nie zauważył w przyćmionym świetle. Być może nie patrzył na nią obiektyw­nie. Jej ciało było podrażnione, ale bardziej giętkie niż kiedykol­wiek. Zamknął jej palce na łodyżce kwiatu.

- Potrzymaj go pod nosem. Nie, nie... Widzę cię jako małą dzikuskę, promieniującą bardzo prawdziwą przemocą i pasją... wyciągnij ramię. Unieś biodra. Ach, kilka zadrapań... - mówił do siebie. - Mogę?

Skąd wziął się ten nożyk? Nie obchodziło jej to. Cieszyła się, że może go uradować i kiedy zaczął ciąć skórę na jej piersi, jakby miał zamiar umieścić w niej inkrustację, nie poczuła bólu. Pochy­lił głowę i polizał ją, rozsmarowując krew.

- Och...

Poczuła jego usta na swoich i nawet nie zauważyła, kiedy się od niej odsunął, a zimne powietrze wtargnęło między ich ciała. Uniosła biodra, błagając bezgłośnie.

Sięgnął pod łóżko, a jego oczy przybrały zimny, odległy wyraz. W dłoni miał...

- Nie! - wrzasnęła Kora i rzuciła się w bok, aby uniknąć igły, którą trzymał. Spadła z łóżka, niszcząc trzymany kwiat. Rzucił się za nią z chłodem w oczach, pożądanie wyparowało.

„Jednak mnie przechytrzyli. Tak mam umrzeć...”

- Nie jestem duchem! Mogę to zmyć! - Cofnęła się ku drzwiom, szukając wody. - Nie wiedziałam, że moje przebranie jest aż tak dobre! Nie jestem duchem!

Woda. Zlew, a na nim butelki i szczotki. Złapała gąbkę i zmo­czyła twarz: dlaczego tak dobrze wtarła puder? Ziniquel złapał ją. Upuściła gąbkę, dysząc ciężko, cała mokra. Krople wody na piersi czerniały, mieszały się z krwią. Wepchnęła włosy za uszy, mogła sobie na to pozwolić, bo znów była Pokorą, piękna kobieta zniknęła.

- Widzisz? Nie jestem duchem, widzisz? Chyba w to teraz nie wierzysz! Spójrz, jaka jestem brzydka!

Ziniquel powoli wracał do siebie. Opuścił strzykawkę. Pomy­ślała, że zaraz zemdleje; złapała ręcznik i wytarła twarz.

- Mogę się... ubrać?

- Tak! Tak, na bogów, ubieraj się!

Próbowała jednocześnie zapiąć fiszbiny sukni i nie spuszczać z niego oka, ale jej się nie udało. Potrząsnął głową, a potem stanął za nią i pomógł jej zapiąć suknię. Odłożył strzykawkę, ale Kora ledwo powstrzymała się przed odskoczeniem od niego.

- Co... co w niej było?

- Och, solna akonilyna, umiera się szybko i boleśnie. - Zapiął ostatnią haftkę, a potem zapalił pochodnię. - Prawdopo­dobnie i tak będę musiał cię zabić, więc się nie ciesz. Moja reputacja legnie w gruzach, jeśli się rozniesie, jak mnie oszukałaś. Jesteś bardzo pospolita. Szkoda, że nie jesteś szczuplejsza, masz ładne kości, ale straciłabyś figurę.

Światło wypełniło pokój, musiała dochodzić trzecia w nocy. Ktokolwiek krzyczał na dole, teraz tylko jęczał. Ziniquel wykrzy­wił się.

- Słyszysz? Pami pracuje. Jest najokrutniejsza z nas. Nie wiem, czy powinienem cię zabić, może istnieje lepsze rozwiąza­nie... - Utkwił w niej spojrzenie.

Cofnęła się, aż przylgnęła plecami do ściany. Zbliżyła się do przewróconej wazy.

- Nawet o tym nie myśl - Ziniquel usiadł na łóżku i zaczął się ubierać. Zmienił się nie tylko jego sposób zachowania, ale też głos, nie był już czarującym kupcem z Zachodu, ale wyrachowanym mordercą. Przystojny? Nie: niebezpieczny. - Mogę cię zabić goły­mi rękami. Muszę to przemyśleć, twoje przebranie było dobre. Musiało być, skoro udało ci się mnie oszukać. Musisz być coś warta.

- Nie rozumiem - głos Kory drżał. - Najpierw mnie omotałeś, a potem próbowałeś zabić. Nie zaprzeczaj. To nie jest sen, prawda?

- Szkoda, że nie jest - Ziniquel zapiął buty i rzucił na nią okiem. - Zakład, że już zabijałaś? Tylko inny zabójca mógł zauważyć, że coś się szykuje. Nic takiego nigdy mi się nie przytrafiło. Nie zaprzeczaj!

Kora splotła palce. Usta miała suche. Chyba postradała zmy­sły, ufając temu człowiekowi?

- Morderczyni. Tak mówiła do mnie matka. Mała morderczyni-manipulatorka.

Zastanawiała się, czy właśnie straciła szansę na przeżycie. Wolałaby teraz być na ulicy, gdzie chciała ją posłać Ministra Bareed. „O bogowie! Pli. Przetrącony Ptaku, Miło!”

Ziniquel Sevenash wstał i objął ją. Obrócił nią po pokoju, wpadł na wieszak i pośliznął się w brudnej wodzie.

- Godo, Parmi, już idę! - wrzasnął. - Dziewczyno, jak ci na imię?

- Pokora.

- Zakład, że wołają cię Kora? Widzisz, myśleliśmy, że dziś jeden z nas nie dostanie ducha, a potem okazało się, że jest was siedmioro, wystarczająco dla każdego. Błogosławiony niech będzie dzień, w którym wyciągnąłem krótką słomkę! Będziesz twórczynią.

- Kim...?

- Jest nas siedmioro. Każdy z nas zasiada na Elipsie. Skąd pochodzisz?

- Z Domesdysu.

- Wspaniale. Nie ma wśród nas ani mistrza, ani ucznia z Domesdysu. Och, Koro, pokażę ci wszystko!

- To znaczy... ty tworzysz duchy? Ty?

- Jeszcze się pytasz? Oczywiście!

- Mój kuzyn jest duchem. Jeśli mówisz prawdę, to znaczy, że wybrał go ktoś inny spośród was. - „Beau! Czy to ty krzy­czałeś?” - Muszę go zobaczyć. Zabierz mnie do niego.

- Goda się nim zajęła - zdenerwował się Ziniquel. - Naprawdę musisz?

- Proszę! Nie możesz mi odmówić!

- Och. Och, na bogów. - Odetchnął. - To musiała być Goda. Nie jesteśmy najlepszymi przyjaciółmi. Ale jeśli musisz... będziesz moją uczennicą... nie powinniśmy zaczynać od kłótni.

Położył jej rękę na plecach w miejscu, gdzie fiszbiny ściskały jej talię tak, że mężczyzna mógł ją objąć dłońmi, i poprowadził do holu. Nadal było ciemno. Wspięli się po skrzypiących scho­dach na ostatnie piętro, gdzie gwiazdy zaglądały przez świetlik z matowego szkła. Ziniquel pchnął jedyne drzwi.

Następna sypialnia, znacznie bogatsza niż pokój Ziniquela, najwyraźniej należała do kobiety. Przy kandelabrach wisiały pió­ra, okrągłe łóżko zarzucone było poduszkami, a podłogę pokry­wały kolorowe skóry.

Drzwi zatrzasnęły się za nimi. W przyległym pokoju coś upadło na podłogę.

- Cholera! - wrzasnęła ostro kobieta. W jej głosie było tyle wściekłości, że aż raniła uszy. Ziniquel wężowym ruchem prze­sunął się do drzwi, a Kora podążyła za nim, wbijając mu paznok­cie w ramię. Pokój, najwidoczniej warsztat, był duży i zagraco­ny. Coś białego obryzgało szafki obok upuszczonej strzykawki. W kącie kucał Beau. nagi i drżący. Wściekła kobieta odwróciła się ku Ziniquelowi.

- Czego, do diabła?

Stalowe włosy wyśliznęły się z jej wyszukanej fryzury, a szarofutra twarz była wykrzywiona gniewem. W dłoni ściskała drugą strzykawkę.

- Za moment się tobą zajmę!

Ruszyła w bok. Jej ukradkowe, wypracowane ruchy sprawiły, że Korze dreszcz przebiegł po krzyżu. Beau nie zauważył, jak blisko podeszła, dopóki nie wzniosła dłoni, gotowa do skoku...

- Beau! Uwaga!

Beau wcisnął się w kąt, skamląc ze strachu. Kobieta upuściła strzykawkę i wyprostowała się. Wściekłość odpływała z niej powoli. Była niewysoka; jej suknia zsunęła się z ramienia, uka­zując pierś.

- Ziniquelu, co ty wyprawiasz? Jaka była treść pierwszej lekcji Konstancji? Nie przypadkiem: „Nigdy nie przeszkadzaj mistrzowi w pracy?”

Ziniquel oparł się o drzwi.

- Nieźle ci tu idzie. Godo. Czuję fale pozytywnej energii płynące z tego ducha.

- Nie zaczynaj. Nie zaczynaj, dobrze ci radzę. Kto to jest? Gdzie twój duch?

- To jest mój duch.

Kora wyjrzała zza niego, nie miała zamiaru zbliżać się do kobiety. Czy mogła jakoś dosięgnąć Beau?

- Nie wygląda na ducha. - Kobieta obrzuciła Korę spoj­rzeniem. - Flameni znacznie się opuścili, skoro ją wybrali.

Ziniquel westchnął z rezygnacją. W kilku odpowiednio dobra­nych słowach powtórzył opowieść Kory o przybyciu do Miasta Delta w roli towarzyszki Beau. Zakończył:

- Biorę ją na swoją uczennicę. Ponieważ mam nadzieję na długą, owocną współpracę, pomyślałem, że zacznę od zaspoka­jania jej zachcianek. Duch jest jej kuzynem. Chciała go zobaczyć, zanim umrze.

- Przyjmujesz ją? - rzekła Goda. - Ziniquelu, czy ona jest wystarczająco dobra? Czy też tak bardzo chcesz mieć ucznia, że uznałeś zbieg okoliczności za zrządzenie losu?

Ziniquel zjeżył sierść.

- Godo, nie masz prawa zadawać takich pytań. Jestem mi­strzem, tak jak ty. Ale i tak ci odpowiem: niezależnie od tego, co musiałbym poświęcić, nigdy nie naraziłbym mej sztuki. Ty po­winnaś wiedzieć to najlepiej.

- Dobrze. Jest odpowiednia. Mam do ciebie zaufanie. - Goda przekrzywiła głowę. - Ale nie wiem, czy jesteś gotowy na przyjęcie ucznia, Zin, szczególnie dwa czy trzy łata młodszego od ciebie. Jesteś zbyt surowy.

Ziniąuel spojrzał jej prosto w oczy.

- Byłem równie gotowy jak inni.

Stała w ciszy, jakby wspominając. W końcu skinęła głową.

- Tak, byłeś.

Kora widziała, że to wyznanie sprawiło jej ból.

- Ale nie o to chodzi. Cała sprawa szkolenia jest bardziej skomplikowana, niż myślisz. - Spojrzała na Korę.

Kora wytrzymała spojrzenie. Goda mogła być jej matką, ale szare futro pokrywało wszystkie zmarszczki, jakie mógł wyżłobić czas. Nosiła różową suknię na beżowej halce. Dotknęła twarzy Kory z niespodziewaną łagodnością.

- Cóż, dziewczynko, morderczyni, tak?

Kora przytaknęła. Trzeba było to wyznać. Na nic zdałyby się zapewnienia, że jej dziadek chciał umrzeć i że nie miała zamiaru zabijać w Port Taite. Nie należało też wspominać chwili, w której patrzyła na mężczyznę leżącego w kałuży krwi.

- Chcesz zobaczyć, jak pracuję? - Goda wskazała Beau. -To może dodać pikanterii. Planowałam scenę masturbacji. Jest niezwykle silny. Rzadko trafiają nam się duchy, które całe życie pracowały fizycznie - zwracała się do Ziniquela. - Ten przy­stojny, silny młodzieniec, mógłby pstryknąć palcami i mieć każ­dą, a wkłada całą swą energię w samotną przyjemność. Miałam to, byłam na granicy, kiedy weszliście.

- O bogowie, przepraszam! - szczerze powiedział Ziniquel.

- Planowałam go w takiej pozycji. - Goda wygięła grzbiet i rozłożyła ramiona.

Między dwoma twórcami rozkwitła wspólna pasja, która zwy­ciężyła wrogość.

- Ale jeśli będzie patrzył na nią - rzekł niecierpliwie Ziniquel - marzył o byciu z nią, to nada nowy kształt jego emocjom! Rzeźba nabierze głębi!

- Nigdy nie byliśmy kochankami - zaprotestowała Kora, ale nie zwrócili na nią uwagi.

- Zrobię to! - krzyknęła Goda. - Jak jej na imię? Kora! Siadaj tu, na stołku przy oknie. Patrz na niego, patrz mu w oczy, proś, błagaj go, by do ciebie przyszedł. Nie przejmuj się, nie uda mu się. - Skrzywiła usta i wytarła ręce w spódnicę. - Mówisz, że jesteś morderczynią. Udowodnij to!

- Ha! Ładnie, Godo! - Ziniquel usiadł na podłodze. - Wierzę w ciebie, Koro! Zrób to!

Kora czuła, jak jej serce rwie się na strzępy. Przepełnił ją ból.

Beau!

Co mogła zrobić?

Czy mogła ocalić oboje?

Nie.

Czy mogła ocalić Beau, poświęcając siebie?

Bezmyślny i dziki, przywarł do ściany. Obnażył zęby, ale nie zwinął się w kłębek jak zwierzę. Wydawało się, że nieświadomie wzywa Godę, pragnie, aby wróciła. Nie było szans na to, aby zaczął myśleć i spróbował uciec.

Czy Kora mogła ocalić siebie, poświęcając Beau?

Usłyszała swój szloch. Nie zdawała sobie sprawy dokąd idzie, kiedy chwiejnie ruszyła ku Beau. Ostry, słony zapach uderzył ją w nozdrza, ale zignorowała go i uklękła przy kuzynie.

- Och, kochanie...

Nie rozpoznawał jej. Zanurzył dłonie w jej włosach i cofnął je. Z ust ciekła mu ślina, a oczy błądziły po pokoju. Rozpoznawał tylko niebezpieczeństwo.

Objęła go, płacząc.

- Kocham cię. Zawsze będę cię kochać.

Cofnęła się w kierunku okna i opadła na stołek, pełna nienawiści do siebie. Jak każde ciepłokrwiste stworzenie nie potrafiła pano­wać nad instynktem: zrobiłaby wszystko, aby ocalić swoją skórę.



<< предыдущая страница   следующая страница >>