uzluga.ru
добавить свой файл
  1 ... 17 18 19 20 21
ROZDZIAŁ DWUDZIESTY DZIEWIĄTY


Deszcz lał jak z cebra w ostatnie dni zimy, uderzając ciężko w dachy Bagniska. Kora nawet nie otworzyła parasola, gdy wysiadała z rykszy i witała się z Ho Freebird. Nie pamiętała połowy zmarszczek na twarzy Ho, ale, oczywiście, kobieta wie­rzyła w śmierć Szczęsnego. Myśl, że dopiero pół roku temu on i Goda uciekli z Zaułka Tellury, wydawała się jej dziwna.

Fortece ateizmu i pobożności można określać różnie, poczy­nając od kształtów i rogów, pomyślała Kora, ale tak naprawdę były węzłami, które trzeba przeciąć, aby uciec. Ani Szczęsny, ani Goda nie mogli podjąć lepszej decyzji, ale zranili wielu ludzi swym odejściem. Miłość, tak potężna jak ich, zawsze parzyła stojących na drodze. Kora wiedziała, bo kiedyś podpaliła świat. I została oparzona jeszcze dziwniejszą miłością, miłością jej sio­stry do Braciszka Transcendencji. Bogowie wiedzieli, gdzie teraz była Wdzięk. Kora nie miała od niej wieści, odkąd kilka miesięcy temu ona i flamen opuścili miasto.

Dzieci Ho stały niepewnie w progu, przyzwyczajone widać do zmiatania matce z drogi. Mąż Ho wyjrzał przez okno z fajką w zębach.

- Dywinarchini - Ho skłoniła się wolno i boleśnie. - Czy chcesz, aby twoi towarzysze też weszli?

- Nie przyprowadziłabym ich tutaj, gdyby nie nalegali na towarzyszenie mi - odparła. - Uwierz mi, źle się stało, że wiedzą, iż tu jestem.

- Są ubrani jak bogowie! - zapiało nagle jedno z dzieci: młodsza córka Pami, siedmioletnia półkrwi Kalwaryjka. Kora spróbowała się do niej uśmiechnąć, a potem skrzywiła się, spoj­rzawszy przez ramię na swych gwardzistów. Szwendali się nie­spokojnie po uliczce, mokli coraz bardziej i kulili się pod badawczymi spojrzeniami mieszkańców, którzy zebrali się na skrzyżowa­niu i wymieniali uwagi.

- Zmieniłam zdanie - powiedziała. - Idę sama. Niech się tu zabawią. - Pochyliła się nad dziewczynką. - Widzisz tego rudego w żółtym jedwabiu? Jeśli ładnie poprosisz, może mieć dla ciebie cukierki. - Odwróciła się do Ho. - Połowa z nich urodziła się i wychowała w Bagnisku.

- Naprawdę, pani?

- Absolutnie. Jeden ateista został dziś w domu, bo jeden pobożny złapał grypę. - Nie wywołało to uśmiechu na twarzy Ho. Kora westchnęła i weszła do domu. Nie powinno jej dziwić, że Ho jej nie ufała. Nawet jeśli lubiła Korę, uczennicę twórczyni, to ta uczennica już dawno umarła. Zastąpiła ją mistrzyni. Kora nie zrobiła ducha, odkąd została Dywinarchinią. Nie było jej wolno. Nie miała ani czasu, ani chęci, aby zmieniać zasady. Były wygodną wymówką.

Ludzie z Bagniska, jak Ho, powinni ufać Korze, bo była Dywinarchinią. Ale jak mogłeś wierzyć w Dywinarchę, który wspierał cię w Elipsie, kładł Boskie Pieczęcie na traktatach za­pewniających ci prawa do wiary, mieszkał jak każdy Dywinarcha w pałacu, ale jednocześnie jego człowieczeństwo zaprzeczało wszystkiemu, w co wierzyłeś? Nie mogłeś. Musiałeś być nieufny i mamrotać do przyjaciół, że takiego jarzma nie da się unieść.

Odwróć to i zrozumiesz, dlaczego ateiści też Korze nie ufali. Och, popierali ją publicznie. Musieli. Była ucieleśnieniem powo­dzenia ich rewolucji i (publicznie) chwalili ją za uniknięcie roz­lewu krwi, który wydawał się pewny (jednak prywatnie wcale nie byli tacy zadowoleni. Kora wiedziała, jak bardzo Złote Ostrze był wściekły, że jego ludzie nie zostali bohaterami rewolucji). I nawet Belstem i Goquisite zastanawiali się, jak długo jeszcze potrwa, zanim wreszcie ustanowią nowy reżim. Urząd Dywinarchy, mó­wili, powinien zostać zniesiony na korzyść Elipsy. To właśnie dawno temu zaplanowali z Godą. Nic bardziej nie uszczęśliwiło­by Kory, ale był jeszcze Pli.

A flameni, od najstarszego do najmłodszego, od najważniej­szego do najmniej znaczącego, odrzucili ją.

- Prędzej czy później jeden z nich przeniknie moje zabezpie­czenia - szeptała, idąc korytarzem w domu Ho. - Jak wczoraj. Nie mam czasu na użalanie się nad sobą. Nie powinnam tu przychodzić. - Przeszła przez izolowane drzwi Sadzawki Eftów i zamknęła je za sobą. Otuliło ją parne ciepło; wielokolorowe światło tańczyło na roślinach i wodzie. Ponieważ dziś półokrągły dach zalewały stru­mienie deszczu, całe pomieszczenie wyglądało, jakby tkwiło pod wodą. Wilgoć osiadła jej na górnej wardze i pod kolanami. Rośliny pachniały metalicznie. Uklękła i zanurzyła rękę w wodzie.

Efty były ożywione, zataczały szerokie kręgi; jeden ugryzł ją w palec. Wszystko zaczęło maleć, światło przygasło, a powietrze zadrżało jak budzące się zwierzę. Wiatr szarpał jej kołnierz. Nawet na tę wyprawę Kora odziała się jak Dywinarchini przysta­ło, w suknię z gorsetem.

- Mell? - szepnęła.

Otarł się ojej nadgarstek z naiwną pewnością siebie.

Wiedziałem, że mnie wezwiesz,

- Nie, nie dzisiaj! Przyślij Beau.

Odpłynął, machając ogonkiem. Czekała i zastanawiała się, czy jej kuzyn przypłynie. Ponieważ nie był jednym z jej duchów, nie zawsze jej słuchał. Potrzebowała go. Kiedy była uczennicą, czę­sto go widywała, ale po osiągnięciu pozycji mistrzyni była tu tylko raz czy dwa. Teraz, gdy mieszkała w Pałacu, wydało się jej głupie mieć rybę za najlepszego przyjaciela.

- Beau... Beau... Tutaj, Piękny!

Beau sam wskoczył jej w dłoń. Zanurzyła drugą rękę i wydo­była go na powierzchnię. Woda z sadzawki przemoczyła jej rękaw i kapała na spódnicę, bardziej mokra niż jakakolwiek inna woda, czarna aż do momentu skroplenia się. Suknia już nigdy nie będzie taka sama, ale nic obchodziło jej to.

- Beau! Jak się masz? - Była tak szczęśliwa, że go widzi, iż zignorowała odór zgnilizny, który rozszedł się w powietrzu. Podskoczył i rzucił jej ożywione spojrzenie.

- Cieszę się. Och, Beau... - Zebrała się w sobie. - Ktoś próbował mnie wczoraj zabić...

Kto?

- Kto chce mnie zabić? Auchresh. Jeden z malarzy w wiel­kim holu na dole spuścił na mnie swoją piłę do cięcia szkła. Mój gwardzista zasłonił mnie... spadła mu na twarz. Malarz powie­dział, że tę piłę wyrwała mu z ręki jakaś inna, niewidzialna dłoń.

Beau wyglądał na zdenerwowanego. Usteczka poruszały się. Prawie go upuściła.

- Nie zrobiliby tego! - ,,Belstem i Goquisite, Maras i Pieti - zdradzili mnie? przygotowali całą serię zamachów na moje życie, aby przekonać mnie, że stoją za tym auchresh?” - Nie! To byłoby bogobójstwo! To nic do pomyślenia.

Przeszył ją srebrnymi oczami.

To nie byłoby bogobójstwo. Nikt cię nie uważa za boginię. A poza tym tabu już zostało złamane.

- Nie mieliby żadnego powodu, by mnie mordować, zanim się upewnią, że nie spełnię ich żądań! To był pierwszy zamach, odkąd objęłam Tron.

Jego brwi poruszyły się gwałtownie.

- Tak... - Kora czuła, że drżą jej usta. - Może wcale nie pierwszy. - Usiadła ciężko na kamieniach i przycisnęła go do piersi. - Och, Beau - załkała. - Lubiłam być doradcą w Eli­psie. To było jak stanie dzień i noc na wysokiej, wysokiej górze i zastanawianie się, czy skoczyć. Ale to takie odmienne. Zajmo­wanie drugiego miejsca na świecie jest inne od zajmowania pierwszego. Żałuję, że kiedykolwiek kochałam Miło! Wszystko było tak krótko doskonałe. A teraz, kiedy umarł, nie mogę prze­stać o nim myśleć, nie mogę żyć bez niego...

Nic myśl o nim, Koro. To wszystko pogarsza. Co z innymi?

- Żałuję, że kiedykolwiek byłam imrchu! - Straszna myśl, ale dotąd nie żałowała. Nie chciała być imrchu w tej bandzie popaprańców, w którą zmienili się twórcy. Nikt nie zajął jej miejsca w Elipsie, bo nikt nie miał odpowiednich kwalifikacji! Ziniquel był nominalnie mistrzem, ale dwudzieste krzesło pozo­stało puste! Usprawiedliwiali to, mówiąc, że skoro zniknęły czte­ry Inkarnacje, liczba krzeseł musiała być równa. Ale to gwałciło wszystkie tradycje. Do czego zmierzał Zaułek Tellury? Wszyscy twórcy wzięli nowych uczniów. Nie pamiętała imion tych dzieci. - Tylko Zin, Pami i Uro są jeszcze moimi przyjaciółmi, ale nawet oni mi nie ufają. Zbyt wielu ludzi daje mi bezwartościowe rady, a oni nie mogą na mnie polegać. Kiedy z nimi rozmawiam, nie rozumiemy się - łkała. - Tylko ty mi zostałeś. A ty jesteś eftem!

Nie wiń mnie za to, powiedział ponuro.

- Ale co mam robić? Jeśli masz rację, że zagrażają mi ateiści, to dlatego, że zgadli, że to Pli pociąga za sznurki. - Otarła oczy mokrym rękawem. - Utrzymuję pokój. Ale nie wiem, jak długo jeszcze zdołam. Może flameni nastają na moje życie; to oni zabili Miło. To tłumaczyłoby, dlaczego zamachy są takie niesku­teczne, nie mają dostępu do mojego życia prywatnego. Ale jeśli to oni, za nic ich nie przekonam. Będą mnie nienawidzić nieza­leżnie od tego, co zrobię, bo jestem śmiertelna.

Beau oparł ogon na potężnym sygnecie, który zdobił jej palec wskazujący.

- Nie, Beau. To nie jest wyjście.

Podskok.

- Wiem, że ugrzęzłam! Złapana między wściekłego psa, rekina i drapieżcę! Jak mam z tego wybrnąć i nie pogorszyć sytuacji? Miasto wstrzymuje oddech. - Zaśmiała się gorzko przez łzy. -Jedynymi ludźmi, którzy na pewno mnie popierają, są Złote Ostrze i Małodobry. Dotrzymują danych mi obietnic, bo im płacę. Ale co z tego, kiedy potrzebuję cudu, a flameni prędzej umrą, niż go dla mnie uczynią!

Wiatr wyrwał kosmyk włosów z wysadzanej klejnotami za­pinki. „To oburzające”, pomyślała. Dywinarchini Królewca, Kal­warii, Veretry, Pirady, Islandii, wysp Archipelagu i innych, siedzi zapłakana na podłodze w Sadzawce Eftów, trzymając rybę. „Co pomyśleliby moi poddani, gdyby to zobaczyli? Mieliby prawo rzucić mnie drapieżcom!”

Usiadła na piętach. Dumnie wyprostowała kręgosłup. Zebrała siły, głaszcząc metalową inkrustację na srebrnym policzku Beau.

Wiatr wiał silniej, woda falowała. Beau podskoczył, a potem zamarł. Oczy ze srebra napotkały jej wzrok. Cztery lata w Sa­dzawce Eftów nauczyły go humoru i mądrości: nie był już rolni­kiem zakochanym w swym pięknie, który nie miał czasu dla jej problemów; teraz żył tylko jej kłopotami.

Idź za głosem serca, Koro, powiedział.

- Nie mam już serca.

Nie ruszał się. Poczuła dawny strach; odgarnęła loki z oczu i przyjrzała się uważnie jego ciału.

Znalazła to pod jedną z delikatnych łusek. Plamę zielonoszarej pleśni.

- Beau, niemożliwe.

Nie chciałem, żebyś wiedziała!

- Nie ty! Masz dopiero cztery lata!

Często mnie używałaś. Przychodziłaś tu, zanim Goda kazała ci się trzymać z daleka, i wiele razy później. Ona też wiele razy przychodziła...

Podskoczył, obrócił się i wyskoczył z jej dłoni, wdzięcznie niknąc pod powierzchnią.

- Beau! - Jak długo jeszcze potrwa jego wdzięk? Jak długo, zanim zmieni się w szkielet pokryty gnijącym mięsem? Przez moment była bliska załamania. Potem wyprostowała się.

Była Dywinarchinią.

„Mój ostatni przyjaciel”. Ruszyła ku drzwiom. Zatrzymała się na zewnątrz, aby wygładzić włosy i suknię. W ciszy korytarza usłyszała nagle wściekłe głosy. Jacyś lokalni buntownicy, którzy widzieli, jak wchodziła do domu i zażądali audiencji. „Mój ostatni przyjaciel”.

Cóż, istniała, by służyć swym poddanym.

Dzieci Ho uciekały jej spod nóg, gdy szła ku wyjściu.

ROZDZIAŁ TRZYDZIESTY


Kiedy Miło umierał, Nadzieja przeniosła się z nim do Rimmerau. Wiedziała, że z jakiegoś powodu lubił Uarech, gdzie nocne niebo przypominało wnętrze rozgrzanego rondla przebite gwiaz­dami. Miło rzucał się i drżał jak dziecko w gorączce, kiedy Waleczny starał się go okryć skrzydłami (gorączka trwała). Pli odskoczył zraniony i już nie wrócił.

Ale Miło zacisnął pięść na sukni Nadziei, więc została. Wy­najęła młodych keres jako służących i umieściła go, nie ujawnia­jąc jego imienia nikomu, w domu, z którego widział niebo przez mosty nad przepaścią. „Nie, żeby rozpoznawał niebo”, myślała, kiedy wychodziła z jego pokoju i osuwała się po ścianie, zbyt wyczerpana i nieszczęśliwa, żeby płakać. Podczas kilku pierw­szych dni, kiedy rzucał się w gorączce i szarpał białe bandaże opasujące jego tors, wzywał Korę. Nadzieja bała się, że w końcu zrobi sobie krzywdę, więc wśliznęła się między prześcieradła i pozwoliła okryć się gorączkowymi pocałunkami. Podrapał ją boleśnie po twarzy i piersiach, próbując pieścić.

Kiedy już ocknął się, nie pamiętał tych zdarzeń. Desperacja otworzyła drogę nienawiści i przemyśleniom. Zupełnie, jakby dawny Miło był tylko dwuwymiarowym poprzednikiem tego dojrzałego, zgorzkniałego kere. Nadzieja spędziła wiele godzin w jego pokoju, leżąc obok i przytulając go do piersi, patrzyła na cienie pełzające po podłodze, kiedy oślepiające słońce Uarechu przedostawało się przez kotary. Obwiniał za wszystko Pli. Podej­rzewała, że Miło obarczał Pli nie tylko winą za atak, który niemal pozbawił go życia, ale że doszły do głosu tysiące zastarzałych uraz. Pli zawsze był we wszystkim lepszy od Miło. Nie znaczyło to, że Miło nie miał mocy, aby nakazać Pli zniknąć. Jako Następca słuchał tylko Dywinarchy. Nadzieję zawsze zastanawiała jego absolutna niezdolność do przeciwstawienia się Pli. Podczas tych dni dowiedziała się, że obojętność Miło na politykę była wyni­kiem tej niezdolności, a nie odwrotnie. Może wynikało to z lat, które spędzili razem w małych Niebiosach, w Kithrilindu. Ale nie mogła wysnuwać tak daleko idących wniosków.

Kiedy wyzdrowiał, zamknął się w sobie. Pazury rosły na całym jego ciele i wyglądał jak humanoidalny krzak róży. Nie chciał widzieć nikogo, kogo znał w Uarech. Przeniósł się nawet do mieszkania na niższym poziomie, aby wtopić się w tłum. Nadzieja zrozumiała, że już nigdy nie będzie jej potrzebował, więc wróciła do domu.


***


Niskie Divaring były największymi Niebiosami w Fewarauw, prawdziwym miastem auchresh zbudowanym na brzegu jeziora pomiędzy górami. Kiedy Nadzieja wróciła, serbalim Divaring podarowali jej dom nad jeziorem, pełen służby reprezentującej wszelkie klasy społeczne, więc przez swego o-serbali utrzymy­wała kontakt ze wszystkimi w mieście. Jednak nie chciała się z nikim kontaktować. O zmierzchu spacerowała nad jeziorem; bywała na przyjęciach wydawanych przez wysoko postawionych auchresh; cierpiała, otaczając się gromadą keres. Od czasu do czasu brała sobie ghautiji. Zaprzyjaźniła się z jedną czy dwiema iu i razem z nimi odbywała wycieczki do miejsc dzieciństwa.

Ale wszystko było paraliżująco nijakie. Tęskniła za Miło. Tęskniła za Pli. Lesh kervayim rozpierzchli się po świecie. Nie­zależnie od tego, że nie przepadała za ich zachowaniem, ich wizyty stanowiły jedyną rozrywkę, której wyglądała tygodniami.

Oczywiście, najlepsze były wizyty Pli. Kiedy tylko pojawiał się w Fewarauw, aby się z nią zobaczyć, Nadzieja spotykała się z nim w zakazanej spelunie zwanej Skeldive, gdzie anarchistycz­ni, młodzi auchresh z Niskiego Divaring spędzali wolny czas. Nikt jej tam nie znał. Używając męskiego imienia, wynajęła tam na stałe pokój, w którym Pli mógł się zatrzymać. Od powrotu z Miasta Delta Nadzieja odkryła, że wiele rzeczy, które robiła, nie przystawały iuim czy nawet auchresh jako takim. Często gryzła się w język, aby nie zaszokować czcigodnych starszych. Była jedną z lesh wrchrethrim: przeżartych. Skażonych człowieczeń­stwem. Starsi używali tego terminu z pogardą, ale młodzież uznała go za modny, nawet jeśli wyznawała poglądy zaszczepio­ne jej sekretnie przez lesh kervayim: pogardy i nienawiści dla człowieczeństwa.

Siadali na dole przy małym stoliku, aby sączyć skri. Wielościenny pokój pełen był dymu i siarki. Ludzki nałóg palenia, spopularyzowany przez Boską Gwardię, szalał teraz w Niskim Divaring. Solne ziele, którego używano zamiast tytoniu, cuchnęło (jak wszystkie psiankowate), ale anonimowość, jaką dawało pa­lenie, była warta smrodu. Kiedy była ubrana w szaty kere i miała fajkę w ręce, nikt na nią nie patrzył. Pli roztaczał wokół siebie aurę elektryzującej świadomości. Kiedy pojawił się w wynajętym pokóju, oznajmił:

- Zrobiłem to! Zrobiłem to!

Nie miała pojęcia, o czym mówi, i nie miała czasu spytać, gdyż chwycił ją w ramiona, by całować zachłannie. Potem rzucił ją twarzą w dół na łóżko i wziął z ostrością graniczącą z gwałtem. Zaniepokojona, leżała obok niego, kiedy już zasnął.


***


- Co porabiałaś, Nadziejo? - zapytał, kiedy zeszli na dół. Wyglądał, jakby miał zamiar zdradzić jej jakiś wspaniały sekret i podniecało go oczekiwanie. - Komu powiedziałaś, że przybędę?

- Nikomu.

- Oczywiście.

- Pli, gdybym powiedziała komukolwiek - była zmęczona - byłbyś teraz otoczony wielbicielami. Młodzieńcy tutaj są dumni jak pawie. Wszyscy mówią w auchraug, nie gadają głupot o ludzkich przodkach poślubionych przez ich perich”him i wiel­bią twe imię. Wzięliby Miasto Delta gołymi rękoma, gdybyś ich potrzebował.

Jego uśmiech zbladł. Bawił się szklanką.

- Aha. Nie wiedziałem, że uczucia wrą.

- Ja sama próbowałam wytłumaczyć serbalim, że jeśli zabronić wszystkim auchresh podróży do ludzkich ziem, muszą się liczyć z możliwością powstania. Ale w porównaniu z Przetrąco­nym Ptakiem i Brązową Wodą nie mam żadnego wpływu. Wszy­scy serbalim ich słuchają.

- Co? Co z Przetrąconym Ptakiem i Brązem?

- Nie wiedziałeś?

Potrząsnął głową.

- Nadziejo, szczerze mówiąc, musiałem trzymać rękę na pulsie w Mieście Delta. Dlatego cię potrzebuję.

Powiedziała mu.

- Twoje imię może być na ustach wszystkich, ale Matka i Mędrzec rozmawiają z tymi, którzy się liczą. Jeżdżą po więk­szych Niebiosach i głoszą filozofię Złotej Antylopy. Zyskują poparcie wśród serbalim, auchresh, którzy są ważni. Wielu uwa­ża, że powinniśmy zerwać kontakt ze wszystkimi ludzkimi kra­jami, że obie rasy już wystarczająco cierpią.

Pli przełknął skri jednym łykiem. Jego źrenice najpierw się zmniejszyły, potem rozszerzyły, kiedy alkohol uderzył mu do głowy.

- Co możemy na to poradzić?

- Nic. Lesli kervayim sobie radzą.

- Nie zgłaszali się do nie...

- Nie mogą, Pli. Mówili mi, że martwi ich działanie bez twojej zgody, ale nie odważą się złamać zakazu pojawiania się wśród ludzi, bo karą jest wygnanie z Niebios. Powiedziałam im, że zaaprobujesz wszystko, co zrobią w twoim imieniu.

- W granicach rozsądku! - Pli wystukał wściekły rytm na stole, orząc drewno paznokciami. - Ale Przetrącony Ptak i Brą­zowa Wodą są, po zgonie Złotej Antylopy, najwyżej postawiony­mi auchresh na świecie. Plan nie może się im przeciwstawić!

- Może nie otwarcie. - Nadzieja rozejrzała się wokół. Przy stole obok siedział ważny reakcjonista Niskiego Divaring, oto­czony przyjaciółmi i uczniami. Inni przepychali się między stoli­kami i zatrzymywali się na moment, aby pośmiać się głośno czy ucałować przyjaciela. Nosili kolorowe spodnie i koszule, nie tradycyjną szarość Fewarauw. Jedna wzmianka, że Pli tu jest, i Skeldive oszaleje. - Lesli kervayim wyprawiają się do małych Niebios - ciągnęła. - Opowiadają o śmierci Miło i zastoju, który ogarnął Elipsę, odkąd Kora została Dywinarchinią. Ja wiem, co się stało w tę noc, kiedy zmarł Starszy. Znam historię dziwnego splotu przypadków; ale z tego, co mówią lesh kervayim, wynika, że flameni połączyli siły z ateistami, a Kora od początku im przewodziła, aby objąć władzę. Fewarauw wrze jak kocioł na ogniu, Pli. Gdybyś szukał armii, sformowaliby ją w pięć minut. Położył dłonie płasko na stole i obrócił je, podziwiając jak niedoskonałe dzieła sztuki. Nadzieja widziała bliznę, która mu została z wyprawy do Rimmearu, czerwoną linię między palcem wskazującym a kciukiem. Po raz pierwszy jego głos zdradził zmęczenie:

- Oto dowód, jak bardzo na tobie polegam, Nadziejo. Nie słyszałem o tym ani słowa. Miasto Delta jest hermetycznie zam­knięte. - Nie odezwała się. W końcu podniósł głowę. - Co mi powiesz o kontynentach?

- War i Sepia byli co najmniej małomówni. - Nadzieja przypomniała sobie ich ostrożne słowa i tradycyjne ubrania, kape­lusze z szerokim rondem, sposób, w jaki wśliznęli się w południe do jej pokoju. - Ale sądzę, że wszędzie wygląda podobnie, jeśli nie będziemy zwracać uwagi na różnice w temperamencie.

- Udusiłbym tych idiotów. Nadziejo, do ciężkiej cholery, do czego ich upoważniłaś?

Jego niezadowolenie zaszokowało ją.

- O co ci chodzi? Walczą dla ciebie! Pli, to dziwne, że ja muszę to mówić, ale być może za bardzo się zaangażowałeś w sprawy w Mieście Delta, aby zauważyć, iż ten zastój nie może lak dłużej trwać. Niedługo ateiści wściekną się na Korę i eksplo­dują. Co wtedy zrobisz? Przynajmniej lesh kervayim się przygo­towują! - Zmuszona była dodać: - Nawet, jeśli nie pochwalam ich metod. Podburzanie firim jest szaleństwem.

Pli rozparł się na krześle i zmierzył ją wielokolorowymi oczami:

- Ale tego nie wiesz, Nadziejo. Ja też się przygotowuję. Może nawet będę mógł użyć firim. - Skoczył na równe nogi. - Nie powinienem tu teraz przybywać, mogę stracić poważanie. Chciałem cię namówić, żebyś kryła mi plecy. Miałem ci powie­dzieć, a ty zaczęłaś pleść o tych idiotach. - Rozejrzał się po sali. Auchresh gapili się na niego, podejrzliwie ssąc fajki. Ważny reakcjonista przechylił się do towarzysza i coś mu szeptał do ucha.

- Myślisz - zapytał Pli, patrząc na nią i machając skrzyd­łami - że naprawdę mógłbym zgromadzić armię w pięć minut?

Skrzydła Nadziei, przerzucone przez krzesło, uniosły się, jak zawsze gdy przeczuwała niebezpieczeństwo. Z olbrzymim wysił­kiem je poskromiła.

- A może - powiedziała wolno - wyjaśniłbyś mi, po co ci armia?

- Zaplanowałem zgon Dywinarchini. Ostrzeżono ją, gra jest uczciwa. Wie, że to ja stoję za tymi ostrzeżeniami, bo posunęła się do tego, że zaoferowała mi swe życie. Muszę wracać, żeby się upewnić, że wszystko idzie po mojej myśli. W Mieście Delta jest kilka godzin później niż tutaj, ale ceremonia, którą mam zamiar zakłócić, nie odbędzie się o określonej godzinie. To prywatne spotkanie u Braciszka Purytanizm, wydawane przez twórców dla ateistów i pobożnych.

Nadzieja ledwo zrozumiała jego słowa. Ponieważ nigdy przedtem nie słyszała o jakichkolwiek zamachach na życie czy pozycję Kory, uznała, że Pli żartował, gdy mówiło „rozrywkach usuwających”. Ale nie dość, że był poważny, to mówił o życiu i śmierci. Kora musiała zachować te ostrzeżenia dla siebie, albo kierując się głupią dumą, albo nie wierząc, że Pli naprawdę chciał ją zabić.

- Oczywiście, że byłem poważny. - Oczy Pli pociemniały. - I szło doskonale aż do... aż do... wypadku Miło. Użyję więc podłoża, które przygotowałem, aby osiągnąć inny efekt.

Ledwo odważyła się to powiedzieć, bo przecież mogła się mylić:

- Aby stać się Dywinarchą.

- Nadziejo, muszę - patrzył na nią błagalnie. - Musisz to zrozumieć.

- Miło cię za to znienawidzi - syknęła przez zaciśnięte zęby.

- Miło już mnie nienawidzi. O ile jeszcze coś czuje.

- Nie pozwolę ci na to! - Zerwała się, rozpościerając skrzydła. - Pli, nie możesz uciec się do potajemnych metod! War, Sepia i Srebrny męczą się wystarczająco, a ja nie pozwolę ci na to ze względu na nas, pal sześć Korę!

- Myślisz, że uda ci się to powstrzymać? Wywieszczono jej śmierć!

- Niekoniecznie! Przepowiednie nie są prawdziwe, dopóki ktoś ich nie wypełni! - Nadzieja czuła, że traci zimną krew, która po powrocie do Niskiego Divaring stała się jej znakiem fir­mowym. Jej głos przybierał coraz wyższe rejestry, teraz każdy auchresh w Skeldive wiedział, że była iu. - Kocham cię, Pli, ale nie pozwolę, żeby ci to uszło na sucho...

Uśmiechnął się powoli.

- Nadziejo, nigdy nie widziałem, żebyś się tak rozpływała nad śmiertelną. Nie myśl, że nie dałem jej szansy. Po tym, jak została Dywinarchinią, pozwoliłem jej pół roku rządzić, aby przekonać się, czy poradzi sobie na Tronie. Nie poradziła. Jej wahanie jest nie do przyjęcia. Utrzymywanie równowagi to jedna rzecz, niezdecydowanie zaś, to coś zupełnie innego. Strategia w jej wykonaniu polega na zrobieniu z Elipsy zapasów w błocie; nie podejmują żadnych działań. Tak samo się zachowywała, gdy była dwudziestym doradcą. Ale teraz jest władczynią ludzkich krajów i jej działania są nie do przyjęcia. W Mieście Delta, Samaalu, Rivapirlu, Zachodniej Rubieży, K’Fierze, Port Teligne, Rukarowie i innych miastach ateiści zmagają się z wiernymi. Masz rację, twierdząc, że niedługo dojdzie do wybuchu.

- Tak, jak chciał Starszy - powiedziała Nadzieja suchymi ustami.

- Dokładnie tak. Moje postępowanie to ostatnia próba zapo­bieżenia wojnie.

- Pli, ja cię znam. Nie zatrzymasz się.

Jednym kopnięciem usunął stolik z opróżnionymi szklankami. Stał naprzeciw niej z założonymi rękami, całkowicie odprężony jak drapieżca, nim uderzy.

- Zamknij się - warknął przez zęby. - Chodź ze mną.

- Pli! - zapytał ktoś przy stoliku obok. - Pli? Serbali? Czy to naprawdę...

Pli odwrócił się i wyszczerzył w uśmiechu wszystkie zęby.

- Witam! Jak ci na imię? Chcesz mi pomóc w Mieście Delta?

- Idę - powiedziała Nadzieja. - Gdzie ona jest? W Zaułku Tellury?

Ktoś w kącie upuścił szklankę. Wszyscy zaczęli gadać jeden przez drugiego, tłoczyć się wokół Pli i Nadziei i zaczęli dotykać Pli jakby był statuetką przynoszącą szczęście. Nikt z nich przed­tem nie widział wychwalanego przywódcy, a nikt nie byłby na tyle bezczelny, aby się pod niego podszyć. Uśmiechnął się do nich.

- Moi cujalim - Biła od niego charyzma.

Nadzieję zemdliło.

- Idę - powtórzyła. Czuła się zbędna.

Jego brwi zbiegły się lekko.

- Nie ma jej tam.

- Twoja miłość do mnie to twoja słabość, Pli. - Pocałowała go w podzięce. Miał zaciśnięte wargi. Auchresh wiwatowali na jej cześć; ktoś zdjął jej czapkę, uwolniając włosy. Właściciel tawerny wskoczył na stół, krzyczał, próbując ich uciszyć. Divaringianie radośnie wrzeszczeli i pokazywali broń, noże o zakrzy­wionych ostrzach i kusze. Kultura Fewarauw nadal opierała się na kulcie myśliwych. Byli przygotowani.

- Nadziejo, w Zaułku Tellury nikogo nie ma! - krzyknął Pli. - Nigdy nie mówiłem, że to tam!

Ale ona już zniknęła.

ROZDZIAŁ TRZYDZIESTY PIERWSZY


- Dobry wieczór. Wielkie dzięki za waszą gościnność - Kora uśmiechnęła się sztywno do Auspi, wchodząc do domu Braciszka Purytanizmu na ulicy Dore. Parę duchów na piedestałach przełamy­wało formalne ustawienie krzeseł i stołu. Rozpoznała kilka włas­nych. Powinno to sprawić jej przyjemność, ale czuła tylko ironię: oto Simmel, Kalwaryjka, siedząca na taborecie z fajką w zębach, dumna i zdeterminowana, a jednak nie mogła pomóc Korze, która czuła, że znika jak cień, kiedy chmury zasłaniają słońce.

Rozpoznawała znaki. Żaden z twórców już się do niej nie zbliżał, a jeśli ateiści nie musieli z nią rozmawiać, unikali jej jeszcze staranniej niż zwykle.

Chyba traciła poczucie czasu. Rozciągał się jak guma. Kiedy się tego najmniej spodziewała, okazywało się, że minął tydzień. Oceniała, że nie rozmawiała z drugim człowiekiem od co naj­mniej kilku tygodni. Wieczory spędzała w swych komnatach sama albo z gośćmi, którzy brzęczeli natrętnie jak muchy i czuła się jak w czyśćcu. A tak, w sobotę odwiedził ją Małodobry. Rozmawiali o Domesdysie. Małodobry naprawdę był kobietą. Uciekła z Port Teligne, kiedy miała jedenaście lat; przez pięć lat żyła w Mieście Delta jako chłopiec, aż w końcu obudziła się pewnego ranka i odkryła, że została przestępcą. Później specjalnie ukrywała swą płeć. Ta rozmowa przypomniała Korze, że istniały też inne miejsca, nie tylko nieskalany ogród jej pałacu, i że nie mogła ich poznać. Szybko odprawiła Małodobrego.

Taka przepaść między polityką i prywatnością, chociaż utrzy­mywała z daną osobą równie częste kontakty! Jakże dziwne wydawało się, że kiedyś większość, jeśli nie wszyscy zgromadze­ni na tym przyjęciu należeli do jej przyjaciół!

Wybrała krzesło na środku pokoju. Nie poczuła złości, kiedy ludzka Gwardia otoczyła ją ciasnym kręgiem, pozwalając jej widzieć tylko część pokoju. Zaakceptowała w końcu ich ponure towarzystwo. Poprzedniego dnia, targana desperacją, spróbowała nawet z nimi porozmawiać. Gwardziści zachowali milczenie i wyglądali, jakby ich ktoś przypiekał na wolnym ogniu. Belstem na pewno kazał im trzymać język na wodzy. Ale i tak rozmowa z nimi była głupim posunięciem. Powtarzali każde jej słowo Belstemowi i Aneisneidzie.

Wiedziała, że zebrała się tu cała Elipsa i obserwuje ją. Pozbyła się sztucznego uśmiechu. Otaczający ją lemani i wielokolorowy tłum dzieci i nastolatków, na pewno uczniów twórców. O, Purytanizm nawet przestał zadzierać nosa! Co oni wszyscy tu robią?

Nikt nic nie mówił, a przecież jeszcze minutę temu... Rozej­rzała się, zaniepokojona.

- Dywinarchini? - Goquisite wpatrywała się w nią zimno. - Zadaliśmy ci pytanie. Dlaczego przestałaś robić duchy? To bardzo nas denerwuje.

- Jesteś wszak taka utalentowana - dodała słodko Algia. Nosiła suknię wykończoną futrem. - Zaułek Tellury tęskni za twoimi rzeźbami.

- Nie jestem już twórczynią - parsknęła Kora wyprowa­dzona z równowagi. - Jestem Dywinarchinią. Dlaczego miała­bym robić duchy? Zaniedbałabym wtedy inne obowiązki.

- Nie rozumiesz? Twoja pozycja wymaga, abyś jednocześ­nie robiła duchy i rządziła krajem. Nadal jesteś mistrzynią - rzekł Sto rozsądnie. - Bezprawnie przestałaś tworzyć. Z tego powodu zginęła Goda.

- Czy to moja wina, że nikt nie ma odpowiednich kwalifi­kacji, aby objąć miejsce mistrzyni? - spytała Kora. Dlaczego pozwoliła się zepchnąć do defensywy? - Sądzę, że równie dużo w tym waszej winy!

- Ale przygadała! - mruknął uszczypliwie Soderingal Summer Nearecloud.

Złote Ostrze też tu był, miał buty uwalane wiosennym błotem. Położył je na pluszowym taborecie Simmel. Mrugnął do Kory.

Ten przejaw sympatii był tym, czym łyk wody dla kobiety umie­rającej z pragnienia.

- Tylko ja decyduję, co robię, a czego nie - powiedziała. - Jestem Dywinarchinią. I życzyłabym sobie, abyście nie kwe­stionowali moich wyborów.

- Musiała obiecać Następcy, że nie będzie więcej tworzyć - zapiał dziecięcy głosik. - Robi wszystko, co on każe.

- Podejrzewam - głos Kory drżał leciutko - że celem tego przyjęcia nie jest dyskusja o tym, co robię w wolnym czasie. Damo Ankh, czy mogłabyś zapoznać nas z tematem dzisiejszego zgromadzenia?

- Ona myśli, że wszystko wiąże się z polityką - rzucił ten sam wysoki głosik. To była Eternelipizaran.

- Niech ktoś uciszy to dziecko! - syknęła Goquisite i chrząknęła. - Tak. Pani Dywinarchini, chcemy poruszyć dra­żliwy temat: twoje podejście do ateizmu jako programu poli­tycznego. Wybaczcie, Purytanizmie, Radosność. Szczególnie zaś przepraszam naszego gospodarza.

Kora złapała poręcze krzesła.

- Moje stanowisko w sprawie ateizmu jest takie jak zawsze. Musi on koegzystować z pobożnością. Żadna z doktryn nie może stać się dominująca. Staram się zachować tę równowagę w Eli­psie. Czy to nie oczywiste?

Belstem zakaszlał. Goquisite starała się ukryć uśmiech.

- Pani, obawiam się, że aż zbyt oczywiste.

- Dziękuję! Nie popieram ani ateizmu, ani pobożności. Nie opowiadam się za żadnym z nich. Każda doktryna otrzymuje tyle samo edyktów.

- Pani! - sprzeciwił się Belstem. - Możesz nie popierać żadnej z doktryn, ale to niemądre! Od prawie czterech miesięcy nie użyłaś Boskiej Pieczęci. Akta uchwał, co do których nie podjęłaś jeszcze decyzji, zajmują połowę mojego gabinetu!

Sto dodał zgryźliwie:

- Czy to nie znaczące, że Lord Summer musi katalogować decyzje Elipsy?

- Ja nie mam czasu! - Kora natychmiast zrozumiała, że źle zrobiła, reagując na komentarz, który nie miał wielkiego znacze­nia. Goście rzucili sobie znaczące spojrzenia.

- Zostawmy Boskie Pieczęcie - rozkazała Goquisite. - Jakie jest twe zdanie na temat ateizmu, pani? Tego naprawdę chcemy się dowiedzieć.

- Ejże! - powiedziała jakaś hrabianka. Najwyraźniej zasa­dy dobrego wychowania, jakie jej wpojono, zostały pogwałcone. „Pani, jeszcze niejedno zobaczysz, zanim skończymy”, pomyśla­ła Kora.

- Nie sądzę, aby wolno mi było wyrażać własne zdanie - odparła. - Dywinarchini musi być bezstronna. Nie mogę opo­wiedzieć się za jakąś opcją, nie obrażając części zgromadzonych tu gości, i zastanawiam się, czego ode mnie oczekujesz, damo Ankh.

Kilku flamenów pokiwało aprobująco głowami. Kora uznała, że zdobyła punkty. Ale Goquisite nie popuściła:

- Dywinarcha zawsze był bezstronny, ale nigdy wcześniej nie musiał radzić sobie z więcej niż jedną partią. Zawsze był pobożny, bo nie miał innego wyjścia. Jeśli chcesz pójść w ślady swych poprzedników, też musisz zdeklarować się po stronie tylko jednej partii.

- A co z moim bezpośrednim poprzednikiem? - Kora traciła grunt pod nogami. Krzesło na środku pokoju nagle wydało się mniej wyizolowane. Twarze doradców tłoczyły się wokół, a Goquisite uśmiechała się słodko, stojąc tuż obok. - On musiał radzić sobie z takimi samymi przeciwnościami jak ja!

- A jego strategia? - zapytał Zin wysokim głosem, którego używał publicznie. Nie wierzyła, że się odezwał. Nie przeciw niej. - „Niech się dzieje, co chce!” To już niedopuszczalne! Nadszedł czas decyzji! Musisz się zdeklarować. Koro!

Z rosnącym przerażeniem zrozumiała, że przez kilka najbliż­szych minut nie będzie umiała się odezwać. Niemo potrząsnęła głową.

Szepty były coraz głośniejsze i w końcu Goquisite rzekła:

- Rozumiem, że ciężar dylematu przygniótł Dywinarchinię. Może powinniśmy coś zjeść, a ona zbierze myśli.

Co bardziej wrażliwi goście z ulgą powitali tę sugestię. Purytunizm rzucił Auspi rozkaz; ta podreptała do kuchni z dwoma uczniami twórców. Flameni nie mieli żadnej służby.

W końcu Kora podniosła wzrok. Cienki promień słońca wpa­dał przez okno i rozjaśniał szarówkę, która utrzymywała się cały dzień. Była wiosna. W Beaulieu jej ojciec i wujowie zastanawiali się, jakie zboże posiać, aby uzyskać najlepszy efekt artystyczny. Plotki o nowym, ludzkim Dywinarsze musiały już dotrzeć na sól. Czy wiedzieli, o kim mówiły te plotki? Żałowała, że większość z pogłosek ją oczernia. Simmel siedziała na taborecie, ciemne włosy połyskiwały kasztanowo. Kora uchwyciła ją, kiedy dziew­czyna opowiadała jej historię swego życia. Co za ponura opo­wieść! Ale duchy z Kalwarii zawsze pociągały Korę: być może dlatego, że gdzieś głęboko, w symboliczny sposób, którego nie miała siły teraz rozważać, identyfikowała się z ich smutnym życiem. Trzecia z czwórki rodzeństwa, wychowana w Hijjaro, brązowym mieście w północno-zachodniej Kalwarii, Simmel zawsze chodziła głodna. Kiedy miała trzy lata, sortowała rudę, kiedy miała osiem, zgwałcił ją ojciec. Pierwszego kochanka wzięła sobie w dwunaste urodziny. Z kim się tu utożsamiać?

Czas zwalniał i przyspieszał, zwalniał i przyspieszał. W jej uszach dzwoniły tysiące maleńkich dzwoneczków. Dopiero po długiej chwili (tak się jej zdawało) jej trans przerwał jakiś głos:

- Ciasteczko? - Auspi wyciągnęła przed siebie tacę z cia­steczkami, będącymi chlubą każdego cukiernika. - Ciasteczko, pani?

Musiała powtarzać pytanie od paru dobrych minut. Wszyscy w pokoju nie spuszczali z nich oka, a dziewczynka była pąsowa z zażenowania.

- Ciasteczko, pani?

- Tak - nie wypowiedziała tego słowa. Kora spróbowała znów. -Tak, dziękuję. - Schwyciła najbliższe i ugryzła. Było pyszne, na pewno, ale jej się wydawało, że je trociny. –To bardzo dobre ciasteczka, Braciszku Purytanizm. Ktokolwiek ci je dał, zasłużył na komplement.

Doradcy rozluźnili się, gdy usłyszeli jej głos, i zaczęli znów gawędzie. Czego oczekiwali? Zastanawiała się. Że zwymiotuje na podłogę? Zmusiła się, aby dokończyć ciastko.

- Czy jest wino?

- Wino. Auspi! - rozkazał Purytanizm.

Auspi wybiegła. Promień słońca zbladł i zniknął, znów pa­dało.

- Pani, czy już przemyślałaś sprawę? - zapytała Goquisite.

„Czy ja miałam coś przemyśleć?”

- Ja...

- Mam pomysł! Poddajmy to pod głosowanie! - rzuciła głośno Maras, odrobinę za późno.

„Przegapiłaś moment”, pomyślała Kora, przypominając sobie ostatnie minuty. „Musisz lepiej wyliczać czas, damo Grane!”

- Co mamy poddać głosowaniu, spytacie? - ciągnęła Ma­ras. - Cóż, pozycję Dywinarchy! Wydaje się niezdolna do opowiedzenia się po jednej ze stron, a już czas, aby się zdeklaro­wała. Skoro jest bezstronna, nie ma lepszej metody, aby zadecy­dować ojej pozycji.

- Doskonały pomysł - powiedziała zirytowana Goquisite. - Jest tu cała Elipsa prócz Następcy. Co o tym myślisz, Belstemie?

Chrząkając głośno, przesuwając językiem po zębach, Belstem wstał i oparł się na delikatnym sekretarzyku, który niebezpiecznie się zachwiał.

- Skoro pytasz o radę, czuję się zmuszony jej udzielić. - Nawet Maras była lepszą aktorką. - Nasze miasto pogrążyło się w chaosie. Moja policja ciągle musi tłumić zamieszki, zanim wrzenie ogarnie całe dzielnice. Podobnie czynią ludzie reszty doradców.

Złote Ostrze roześmiał się w głos, po czym szybko umilkł. Przeniósł stopy na sofę i zakręcił młynka kciukami. Belstem go zignorował.

- Zamieszki mają dwie przyczyny. - Spojrzał na Radosność. Nowy leman Radosności, chłopiec o imieniu, jeśli Kora dobrze pamiętała, Tine szturchnął flamenapod żebra. Radosność wziął Tine'a za rękę.

- Jeden powód - rzekł Belstem - to fakt, że w Mieście Delta pojawiło się więcej emigrantów niż kiedykolwiek, więc wielu ludzi nie ma dachu nad głową, pracy ani jedzenia. I nie ma odpowiedniej liczby flamenów, aby zaspokoić ich potrzeby. Wie­lu z nich przybyło tutaj, bo już nie mogli mieszkać u siebie, a to dlatego, że flameni ułatwiający im życie cudami, odeszli. To woła o powrót do pobożności i pchnięcie lemanów ku flamenizmowi.

- Brzmi rozsądnie - podsumowała Kora.

Belstem rzuciłjej spojrzenie.

- Jednak drugi, poważniejszy powód wrzenia i to w całej Dywinarchii to niezadowolenie ateistów z Dywinarchy. Rewolu­cja przeciw starym rządom była skuteczna. Ale gdzie są nowe rządy? Tkwimy w martwym punkcie. Nie pozwolono nam jeszcze wprowadzić reform ekonomicznych. Nie pozwolono nam spra­wić, aby głodujący sami sobie pomogli. Mamy związane ręce.

- Uważamy, że zamiast żądać od flamenów zaspokojenia potrzeb, należy zapracować na chleb - wyjaśnił Trisizm. „A ten od kiedy jest ateistą?”, zdziwiła się Kora.

- Sam bym tego lepiej nie wyraził - warknął Belstem. A cały problem stworzyła Dywinarchini, która nie pozwala...

Kora wstała.

- Myślę, że powinnam móc się bronić...

Gwardziści otoczyli ją i popchnęli z powrotem na krzesło. Uderzyła łokciami o oparcie.

- Jerithu? Skimmeren? Hafi? - powiedziała. Unikali jej wzroku.

- Błąd - powtórzył Belstem oskarżycielsko - tkwi w Dy­winarchini. Krótko mówiąc, proponuję zmianę Dywinarchy. Hmm. Elipsa... hmm... czy Elipsa ma jakieś propozycje?

Gwardziści odsunęli się Kora zobaczyła, że Belstem rozgląda się po pokoju. Usta Goquisite poruszały się; pewnie sugerowała, że sam Belstem byłby wspaniałym Dywinarchą. Kora nie słyszała ani słowa, ani jego krygowania się, ani gładkich zdań, którymi Goquisite go przekonywała, ani tego, że Belstem podejrzanie szyhko się zgodził. Znów jej dzwoniło w uszach.

- Kto popiera kandydaturę Belstema na Dywinarchę?

Aplauz był grzeczny, lecz ogłuszający.

- Poddamy to pod głosowanie?

Ziniquel zaczynał się wiercić. Wyprostował się na krześle, wykrzywił i rzucił:

- Tak!

Kora patrzyła, jak nie tracąc czasu na gadanie, zaimprowizo­wali ciche głosowanie, wrzucali kawałki papieru do koszyka, który nosiła adoptowana córka Pietiego. Lemani mieli zmartwio­ne głosy (niemożliwe); mniej znaczący goście obserwowali wy­darzenia okrągłymi oczami. Goquisite wzięła koszyk od dziew­czynki, wstała i wygładziła spódnicę. Zaczęła wyciągać skrawki papieru, czytać je i odkładać na stolik.

- To farsa - powiedziała Kora. Goquisite podskoczyła i upuściła koszyk. - Jestem pewna, że nie trzeba liczyć głosów. Dlaczego po prostu nie... - Co mówiła? Pokój się kołysał. - Nie... - Wściekle potrząsnęła głową. - Nie skończycie tego?

Goquisite unikała jej wzroku. To było zwycięstwo.

- Ja... uważam, że w sumie nie musimy liczyć głosów - stwierdziła. - Elipsa wybiera Belstema Summera na Dywinar­chę. Musisz tylko przystawić na tej uchwale Boską Pieczęć, Dywinarchini. Nie ma odwołania. Głosowanie było jawne.

W martwej ciszy, która zapadła, Auspi wbiegła do pokoju. Podeszła do Kory, trzymając srebrną tacę z gąsiorkiem wina i kieliszkiem.

- Przepraszam. Nie mogłam znaleźć wina - wyjaśniła. - Dostałam je dopiero w piwnicy...

W tej sekundzie Kora zrozumiała, co było w przejrzystym płynie, spływającym z gąsiorka do kielicha. Zaplanowali wszyst­ko, nawet tę chwilę; tyle razy umacniali spisek, że wszystko inne stało się zbędne. Dlaczego zawracali sobie głowę tym wyszuka­nym pokazem, skoro cały czas planowali takie rozwiązanie?

„Kiedy zaczyna się rozlew krwi, prawa stają się zbyteczne”, powiedział Złota Antylopa. Zapomniał dodać: „Absurdalne”. Ko­ra chciała się śmiać.

A potem, nagle, nie miała najmniejszej ochoty na śmiech. Promień słońca znów wpadł przez okno, zajaśniał między chu­dym, odzianym w czerń ramieniem Auspi a jej ciałem, rozświet­lając kielich jak wielki diament.

Absolutnie przejrzyste. Miała nadzieję, że było bez smaku.

- Dziękuję, Auspi. - Podniosła szkło ku słońcu. - Wasze zdrowie, moi imrchim, lordowie i damy, Siostrzyczki i Bracisz­kowie.

Wypiła.


***


Jej gardło się zaciska. Drętwota biegnie od stóp i dłoni ku sercu, blokując je. Nie czuje swego ciała. Nie widzi. Drzwi uderzają o ścianę, śmierdzi siarką.

- Nie! A niech go cholera!

To musi być głos auchresh, przebijający tę gęstniejącą z każ­dym ułamkiem sekundy ciemność.

- Ona umiera! To była trucizna, wy głupi ludzie, solna akonityna zabijająca w pół minuty, zróbcie coś...

- To nie my! - kobieta krzyczy. Kora ledwo słyszy słowa. - Nie chcieliśmy jej zabić, tylko zmusić do abdykacji, my nie...

- To wyją zabiliście, trucizną czy nie! Braciszku! Szybko! Pomóż jej!

Zapada w ciemność bez dna. Matową i miękką jak wełna. Zimną jak śnieżna noc.

ROZDZIAF TRZYDZIESTY DRUGI


Mężczyzna płacze.

Straszny dźwięk.

Męczące łkanie.

Kobieta stara się go pocieszyć.

On nadal lamentuje.

- Weźcie się w garść, idioci!

Żadna kobieta nie ma tak donośnego głosu. Brzmi jak odległy gong.

Kora tkwi w ciemności. Jej umysł pracuje bardzo wolno; ledwo udało jej się ustalić, że siedzi z głową opartą na czyimś ramieniu, podparta poduszkami. Czuje swe ciało, ale nie może się ruszyć, nadal daleka od bólu, za co jest wdzięczna. Najbardziej bolą oczy. Czuła, jakby je wypełniono piaskiem.

Chciałaby znów zemdleć, ale głosy wwiercają się w jej uszy jak świder i utrzymują ją w czarnej krainie na skraju nieprzytomności.

- Zabiliśmy ją. Pozwoliliśmy przeklętym ateistom ją zabić...

- Ona żyje. To nie oni ją zabili. To Pli. Jak myślisz, skąd wiedział, że powinien pojawić się w samym środku zamieszania? Wspaniale was wszystkich kontrolował, nieprawdaż? Czyż wi­dok bogów pojawiających się z nożami i kuszami nie podniósł was na duchu? Nie byliście im wdzięczni za wydawanie rozkazów?

Mężczyzna przełyka.

- My...

- Zin, Zin! W porządku, kochanie! Znałeś ją najlepiej, do­kąd możemy ją zabrać?

Gdzie Kora słyszała już ten głos?

- A... Uro. nie mogę zebrać myśli. Te wszystkie trupy... Marasthizinith... Pieti.. nawet jego córeczka, na litość boską! Martwi!

Co się stało? Kto umarł? Nie Kora. Wie o tym, chociaż nie wie nic więcej.

- Nieważne! - Kobieta sama jest bliska łez, ale nalega: - Zin, spróbuj myśleć!

Mężczyzna z wysiłkiem powściąga swój żal.

- Hem. Ma na imię Hem. Prowadzi antykwariat w Temeritonie. Był uczniem Gody... To wszystko, co mi przychodzi do głowy!

- Wszędzie będzie dobrze, dopóki Pli nie wpadnie na jej trop. - Donośny głos jest zimny i wściekły. Dlaczego Kora myśli, że powinien być słodki? - Jeśli dowie się, że ona żyje, wścieknie się jak wszyscy diabli. I na pewno podejmie odpowied­nie kroki.

- Jakoś nie mogę sobie wyobrazić, żeby w najbliższej przy­szłości Dywinarcha zwiedzał przeklętą dzielnicę! - mówi kobieta.

- Racja. Będzie zbyt zajęty. Pamiętaj, Ziniquelu i ty. Uro­czystość: trzymajcie buzie na kłódkę. Tylko my troje, i oczywi­ście Braciszek Radosność, wiemy, że ona nie leży w zabitej gwoździami trumnie w domu Radosności, zbyt naruszona truci­zną, aby można było wystawić jej ciało na widok publiczny. I tak ma zostać.

- Zgoda, Panno. Na bogów! Zgoda.

Ciemność zaczyna się ruszać, wiele razy zmienia położenie, w górę, w dół, zakręt. Rozpoznaje znajomy ruch rykszy. Cały czas głosy naruszają ciemność, ale nie próbuje ich zrozumieć. Nie ma poczucia czasu ani kierunku.

Podskok. Czuje, że leci w przód, kiedy osoba, o którą się opierała, pochyla się i daje znak rykszarzowi:

- Stań tutaj.

Od autorki


Historia Kory i Miło zukończy się w drugim i ostatnim tomie:

Pokora Garden: niedokończona biografia: W ludzkim kraju.



<< предыдущая страница   следующая страница >>