uzluga.ru
добавить свой файл
1 2 ... 20 21

FELISITY SAVAGE




POKORA GARDEN




Tłumaczyła : Joanna Wołyńska




SCAN-dal




W duszy każdego artysty mieszka widmo

mordercy. Niektórzy czynią z niego honoro-

­wego gościa inni zakuwają je w kajdany

i barykadują drzwi, ale wiedzą, że ono nie

umarło.

- Mary Renault


Est ubi gloria nunc Babylonia? Ach,

gdzież są niegdysiejsze śniegi? Ziemia tań-

­czy danse macabre; czasami wydaje mi się,

że po Dunaju płyną statki pełne głupców

podążających ku otchłani.

- Umberto Eco


ROZDZIAŁ PIERWSZY


Beau klęczał nieopodal i metodycznie walił głową w mur piaskowca. Białe, jedwabiste loki spadały mu na twarz prz każdym uderzeniu, a powieki lawendowych oczu zaciskał z bólu

- To ci nie pomoże - powiedziała Kora. Siedziała w cieni dębu z robótką na kolanach. I chociaż udawała, że wyszywa prze cały czas, gdy Beau mówił o swej złości i rozpaczy, była zbyt wrażliwą szesnastolatką, aby obserwować obojętnie, jak zadaj sobie ból. - Z bliznami będziesz wyglądał jeszcze bardzie pociągająco.

Podniosła się, podeszła do niego i odciągnęła go od ściany Niska trawa podrapała jej nogi, kiedy usidła i odgarniała mu włosy z czoła. Nic było krwi, tylko siniaki; ciemna skóra nabiegła krwią pod złotym futrem. Nie będzie miał blizn, chociaż miała rację: nie zaszkodziłyby jego urodzie.

- Nie odejdę - jego głos był niemal niesłyszalny. - Koro nie. Nie umrę.

Przytuliła go. Trudno jej było ukrywać, jak rozpaczliwie pra­gnęła, by został...

- Nie masz nic do gadania! Jak możesz nawet myśleć o sprzeciwieniu się flamenowi?

- Nie sprzeciwię się. Zmuszę go do zmiany! Nie będzie mnie chciał z pokiereszowaną twarzą! - Szarpnął się, ale trzy­mała go mocno; po chwili się poddał.

Było późne lato. Słońce zachodziło już na tle przejrzystego, akwamarynowego nieba. Było gorąco, jak zawsze w Zachodniej Rubieży, prowincji kontynentu Domesdys. Kora spoglądała ponad głową Beau na płytką, suchą dolinę i zbocze, jałowe od początku czasu. Znajdowało się zbyt blisko soli, aby cokolwiek mogło na nim wyrosnąć, a rzadka trawa przybrała tutaj kolor miedzi.

W oddali, oddzielony łysymi szczytami, połyskiwał cienki, wąski pas. Wyglądał jak morze, ale to nie była woda lecz sól.

- Beau, czy wiesz, ile mama oddałaby za taką szansę? - zapytała Kora. - Wiesz, ile każdy dałby, aby wyglądać jak ty?

Dla niej był po prostu Beau, narzeczonym, towarzyszem dzieciń­stwa, najgorszym wrogiem i najlepszym przyjacielem. Jednak kiedy się urodził, wyglądał u boku swej matki, Litości, jak nieziemska wi­zja i rodzina porzuciła wszelkie nadzieje z nim związane. Chciała tyl­ko jego doskonałej twarzy i ciała, żywego srebra pokrytego futrem. Wiedziała, że prędzej czy później jej miłość zwróci się z nawiązką.

I teraz inwestycja procentowała. Wędrowny flamen, Braci­szek Zmysłowość, wybrał Beau na ducha, piękną rzeźbę stworzo­ną ku uciesze bogów. W zamian Gardenowie otrzymają dwieście owiec, metalowe narzędzia warte sześćdziesiąt szylingów, beczułkę wina z Królewca i odświętne ubrania dla całej rodziny. Cała Rubież będzie im zazdrościć.

Poczuli się jak ludzie, którzy na dnie studni odkryli błyszczące złoto. Płakali i śmiali się na przemian.

A to, że Beau wcale się nic cieszył, w ogóle ich nie obeszło.

Beau chciał się ożenić, mieć dzieci i być rolnikiem jak ojciec i stryjowie. Nikt nie posądzał go o lak przyziemne marzenia: był zbyt piękny. Zeszłej nocy on. Kora i ich starsi kuzynowie siedzieli przy ognisku na podwórzu. Brit i Emper zapomnieli o dostojności starszeństwa i prześcigali się w rozśmieszaniu kuzynostwa. Chi­chocząc histerycznie. Kora spojrzała na Beau, którego twarz zarumieniła się od ognia i światła gwiazd, i zamilkła. Zazwyczaj nie zauważała jego piękna, ale nagle wydał jej się bogiem.

Braciszek Zmysłowość, zwinięty w kłębek przy ognisku, ma­jący swego lemana u stóp, podniósł nagle głowę, jakby jego ślepe, zarosłe solą oczy mogły widzieć. Długo spoglądał w kierunku Beau. Mówiono, że flamcni mogli widzieć bogów, aby im się kłaniać. Może potrafili też dostrzegać piękno prawie równe bo­skiemu? (Kora nigdy nie widziała boga, chociaż ponoć jeden objawił się jej prababce. Była jednak pewna, że bogowie są piękni jak rzeźby jej ojca i wujów, a nawet piękniejsi, bo doskonali.)

Boska Waga drgnęła. Szala z życiem Beau wciąż nieubłaganie opadała, a szala na której złożono jego urodę, skoczyła w górę.

Kora, zapłakana, pobiegła na wzgórza. Bez Beau nie miała żadnej przyszłości na rodowej farmie, którą Gardenowie zamiesz­kiwali od tysiącleci. Od czasu, gdy w Domesdys osiedlili się głupi, heretyccy chłopi, jeszcze przed nastaniem Dywinarchy, panowały te same zasady: jeśli się nie ożeni, Kora będzie uważana za gorszą. A jedynym kuzynem w jej wieku był Beau. Nawet gdyby inni nie mieli żon czy sympatii, nie ożeniliby się z nią, bo była brzydka. Jej ciało, twarz i włosy miały ten sam, brudnobeżowy kolor, oczy były koloru krwi, a figura uchodziła ledwo za przeciętną. Ich zaręczyny w pierwszej chwili popsuły humor Beau i zraniły jego próżność, gdy pomyślał, kim mógłby być.

Chciała opuścić Beaulieu, ale dokąd miałaby pójść? Otacza­jący ją świat jawił się jak kolorowa plama, znana tylko z opowie­ści lamanów towarzyszących wędrownym flamenom. Centrum tego świata było Miasto Delta, lśniące niby brylant, a w nim mieszkał Dywinarcha i władał Solą. Dywinarcha, bóg bogów w Królewcu.

Pomniejsi bogowie pojawiali się czasem na rubieżach; zazwy­czaj nawiedzali samotne pasterki, aby dać im dziwne, bezwłose dzieci. Tak mówiły baśnie. Kora jednak wiedziała, co się z nią stanie, gdy Beau odejdzie: będzie starą panną, wołem roboczym i niańką dla bandy siostrzeńców i bratanic. Wieśniacy z rubieży ciężko harowali, bo ziemia tu była niemal jałowa; nawet Beau pracował równie ciężko jak inni.

Kora użalała się nad sobą tak bardzo, że ledwo zauważyła, iż Beau znów zaczął walić głową w mur. Powstrzymała jednak chęć odciągnięcia go. Być może popełniła błąd. interweniując za pierw­szym razem. Pomyślała jednak, że powinna coś zrobić, zanim Beau się zabije, i jak na komendę ruch przy ścianie ustał. Nie podniosła oczu. Minęło kilka chwil, a potem coś twardego i cięż­kiego runęło jej na stopy.

- Boska krew! - syknęła.

Beau stał nad nią i oddychał płytko, z jednym policzkiem naznaczonym krwią. Upuścił jej kamień na stopę. Krzywiąc się z bólu, stanęła na nogi. Otarła oczy.

- Wyrządzenie sobie krzywdy jest trudniejsze, niż myślisz.

- Teraz będziesz miał bliznę. Piękny Gardenie.

- Zauważyłaś! - Za jego głową kołysały się liście, a słońce świeciło wprosi na złotą twarz umazaną krwią. - Koro, musisz ze mną pojechać. Nie zniosę samotności.

Zabrakło jej tchu. W jednej chwili świat odwrócił się do góry nogami, jej myśli odleciały z Beaulieu prosto ku krajom, które były jaśniejsze i piękniejsze, niż sobie mogła wyobrazić. Lemani mówili, że w Królewcu wszystko było zielone.

„Czy to prawda, że w Mieście Delta bogowie przechadzają się ulicami?”, pomyślała.

„Czy kiedykolwiek zobaczę boga, jeśli Beau mnie tu zostawi?

Co zobaczę?”

Nie potrafiła wyrzec się marzeń.

Odkąd skończyła dziewięć lat, hołubiła myśl o ucieczce. Wte­dy to świat zewnętrzny wgryzł się w wioskę jak zęby drapieżcy i przybrał postać flamena. Braciszka Transcendencji, który wy­brał młodszą siostrę Kory, Wdzięk, na swoją lemankę. Pięciolet­nia gaduła, jasnofutra Wdzięk, podskakiwała wesoło przy boku Braciszka, a Kora spoglądała za nią i po raz pierwszy zrozumiała, że można odejść. I jeszcze jej matka, Wiara. Kiedy Kora miała roczek, Wiarę nieomal wybrano na ducha do ceremonii koronacji Następcy w Mieście Delta. Kora wiedziała, że gdyby matkę wybrano, ta odeszłaby, a dziewczynka, wzrastająca pod opieką kogoś innego, nigdy by jej tego nic wybaczyła.

- Na pewno masz w ranie okruchy ze ściany, Beau. - Dotknęła go delikalnie i wytarła krew liściem dębu. Starannie unikała patrzenia mu w oczy.

Jedno oko Beau zniknęło za opuchlizną, ale objął ją bez wahania. Jego ramiona były silne i twarde, nie mogła się wywinąć.

- Jeśli mam umrzeć, chcę, żebyś przy mnie była. Jedź.

- Oszalałeś, Beau. Co bym robiła w Mieście Delta? - Nie potrafiła dodać: „Po twojej śmierci”.

- Kiedy flamen powiedział, że mnie wybrał, dodał, że mogę zabrać towarzysza. „To częsio praktykowane, jeśli tylko towa­rzysz zgodzi się nie wracać”, tak powiedział. A ty, dlaczego miałabyś wracać? Nic cię tu nie czeka! Ciotka nigdy nie puści cię dalej niż na Wybrzeże Motyli, żebyś znalazła męża, którego i tak nie znajdziesz ani tam, ani tutaj. Chcesz do końca życia być od niej zależna? Pracować dla Brita, Empera, Genia i ich rodzin?

Beau ochrypł. Nie przywykli do okazywania emocji. Nos Kory swędział od powstrzymywania łez.

- Jedź ze mną.

Słońce oświetlało jego doskonałe usta. Patrzyła, jak formułują słowa. Marzenia zaślepiały ją.

- Jedź ze...

- Przestań! Zapytam! Ale mnie nie puści!

- Ale! - stwierdził Beau z satysfakcją. - Puści.


***


Na rubieżach każdy akr był cenny. Niskie, kamienne mury znaczące teren uprawny, kończyły się daleko od soli. Ale owce i kozy wybierały się na spacery po brązowej ziemi niczyjej, a czasami i wieśniacy zapuszczali się na sól, aby szukać przezro­czystych jagód i owoców. Naciągali na twarze chusty, gdyż niebezpiecznie było wypuszczać się na sól, kiedy nie było chmur, nawet w nocy, gdy gwiazdy jasno świeciły. Migotanie wszystkich kolorów tęczy mogło szybko oślepić, a jeśli się je przetrwało, prędzej czy później z oddali nadciągała burza solna, wdmuchują­ca ziarna w oczy, gdzie się zagnieżdżały i rosły w kryształy wypełniające cały oczodół.

Tak lemanowie stawali się flamenami, jeśli ich pan zmarł przed ukończeniem przez nich służby, i jeśli odrzucili ateizm, a wybierali flamenizm. Udawali się na wielodniowe pielgrzymki na sól. Kiedy wracali z kryształami soli w oczach, ogłaszano ich Braciszkami i Siostrzyczkami zdolnymi do czynienia cudów.

Sól była symbolem świętości i niezbadanego. Opowieści flamenów o dniach sprzed Wojen Nawróceniowych, kiedy to cały świat składał się tylko z barbarzyńskich królestw, jasno dowodziły, że sól nigdy nie rozciągała się dalej niż kilkaset lig od wybrze­ży sześciu kontynentów. Tylko rzeki potrafiły ją przebyć nie­tknięte. Nikt jej nigdy nie przeszedł, nawet Wędrowiec, pierwszy flamen, który wrócił oślepiony, więc nikt nie wiedział, jak duże są kontynenty. Królewiec był najmniej zamieszkały, a Domesdys najbardziej, nie wspominając o Archipelagu, którego wyspy zbu­dowane były w całości z soli lub ziemi, a ludzie żyli z połowu ryb.

Bogowie przyszli z soli. Miriady bezimiennych, zadziwiają­cych bogów z opowieści dziadków i Inkarnacje Miasta Delta: Mędrzec, Matka, Waleczny, Panna, Następca i Dywinarcha, kie­dy mieli dość Miasta Delta, wracali do Niebios, a ich miejsce zajmowali inni. Niebiosa leżały gdzieś na rozległych, lśniących pustkowiach: schronienie bogów, mekka dusz. Nikt z żyjących w 1352 roku nie dotarł do nich. Tylko dwaj śmiertelni doszli tam i wrócili. Pierwszym był Wędrowiec, a drugim rozczarowany leman, Zeniph Antyprorok, tysiąc lat później. Antyprorok był pobożny, mądry i tak oddany, że gdy jego Siostrzyczka zmarła, mając lat pięćdziesiąt osiem, oszalał z żalu. Przysiągł, że odszuka Niebiosa i odbierze ją bogom.

Nie odnalazł jej na jałowym pustkowiu Królewca, chociaż ruszył w górę Chromu, największej rzeki Królewca, i tak długo przeszukiwał sól, że wszyscy mówili o jego śmierci. Ale odnalazł Niebiosa. Nawet najpobożniejsze dzieci poznały opowieści, które przywiózł, kiedy spłynął w dół Chromu. Według nich stworzenia czczone przez całą Sól były równie boskie jak on. „Sami bogowie mi to powiedzieli”, utrzymywał. Oczywiście, była to nieprawda. Kora nigdy nic nabrałaby się na takie gadanie. Ale wielu ludzi mu uwierzyło, zwłaszcza młodzi, podatni na wpływy lemanów.

Kiedy dziadkowie Kory byli młodzi, w Nęcę było troje flamenów. Jej prapradziadkowi ślubu udzielał mieszkający w wiosce flamen. Żył w kamiennej chacie, która teraz służyła za silos. Obecnie Nece miało tylko jednego flamena, a wszystkie posługi spełniali wędrujący. Braciszkowie i Siostrzyczki zostawili swoje domy wzorem innych, docierających przez ostatnie sto pięćdzie­siąt lat do wszystkich oddalonych miejsc flamenów. Wędrowcy wyrzekali się pozycji w lokalnych rządach. Choć powodował nimi altruizm, taka zmiana nie była pozytywna. A poza tym wielu lemanów porzucało flamenizm, aby otrzymać szlachectwo, więc religia nie panowała już nad światem niepodzielnie. Teraz musia­ła toczyć upokarzającą walkę o władzę z ateistyczną szlachtą. Przegrywała ją, bo Boski Cykl dobiegał końca, a Dywinarcha był coraz bardziej zmęczony. Sto dziewięćdziesiąt lat to dużo, nawet dla boga.


***


Kora i Beau długo siedzieli pod drzewem, obejmując się. Kiedy słońce opadło ku lśniącemu horyzontowi, wstali i ruszyli do domu. Chociaż wioska znajdowała się zaledwie o kilka mil dalej, w najszerszej dolinie dzielącej ich od domu leżała sól, a nie ściemniło się jeszcze na tyle, by ją przekraczać. Trzymali się za ręce i szli kozią ścieżką wokół terenu. Kora spoglądała na sól. Opalizujące krzaki i kwiaty odbijały czerwone światło, lśniły chitynowe skrzydła owadów.

Twarz Beau była skupiona, jego dłoń pokryła się potem. Korę zadziwiło własne opanowanie.

Kiedy przekroczyli ostatnie wzgórze, mogła wyczuć zmianę w powietrzu. Było mniej słone. W dole migotało ognisko. Domy i zagrody we wsi zbudowano tak, by obserwowane ze wzgórz tworzyły różne, ale zawsze piękne formy: gwiazdę, twarz, kwiat. Kształty zmieniały się przez stulecia. Kiedy Gardenowie siali zboże, brali pod uwagę efekt estetyczny i czasami przez tygodnie rozważali, czy posiać owies, czy pszenicę. Często wybierali się na wzgórza, aby ocenić wyniki swojej pracy. Zazwyczaj Kora doce­niała piękno wioski, kiedy patrzyła na nią z góry. Był to główny temat jej rozmów z ojcem i wujami. Zbiegli z Beau ku domom.

Sześcioboczny plac leżał tuż za drogą do soli. Kobiety Gardenów krzątały się, nosiły jedzenie z kuchni na stół w kształcie podkowy, sześć rożen obracało się powoli. Braciszek Zmysło­wość zajął jedyne krzesło u szczytu podkowy. Jego kalwaryjski leman. Mity, siedział mu na kolanach i opowiadał o wszystkim, co widział. Kiedy Kora i Beau wkroczyli na plac, słychać było tylko głos Mity i potrzaskiwanie ognia. Polem kobiety znów zaczęły plotkować, ale napięcie nie zelżało.

Twarz Beau wydłużyła się, ale nic nie powiedział.

- Geni chce ze mną pogadać o moim drobiu - szepnął i odszedł ze swym bratem. Radość, najmłodsza ciotka Kory, popchnęła ją w stronę domu i poleciła zmienić brudną spódnicę. Miała wyglądać ładnie dla flamena, który nie mógł jej zobaczyć. „Domem” nazywano te pomieszczenia, w których nie było krów, drobiu i kuchni: niewiarygodnie ciasne, cztery pokoje. Ciemność pomieszczeń i ich niskie sufity uspokajały, ale po całym dniu spędzonym na wzgórzach odór zwierząt przyprawił Korę o mdło­ści. Oddychając płytko, wciągnęła swą jedyną sukienkę, rozpu­ściła włosy, a potem wyszła na poszukiwanie matki.

Wiara mieszała coś w olbrzymim garnku, a Tici, babcia Kory, obracała rożen. Wiara zazdrośnie dbała o wygląd, który niemal uczynił ją wybranką bogów: jej włosy były jak liście, a kasztano­we fulro lśniło jak rubin od ognia. Kora stanęła obok matki, chowając dłonie za plecami. „Na pewno nazwie mnie «swoją małą morderczynią-manipulatorką»„, pomyślała. Przezwisko było tylko w połowie zasłużone, bo Kora nigdy nikim nie manipulo­wała. Ale wszyscy pogardzaliby nią jako morderczynią, gdyby dowiedzieli się o strasznej rzeczy, jaką zrobiła, kiedy miała dziewięć lat. Nie chciała o tym myśleć. Dlaczego miałaby o tym w ogóle pamiętać?

- Mamo?

Wiara spojrzała na nią. Znajomy wyraz ni to przerażenia, ni złości wypełzł jej na twarz.

- Czego?

- Mamo, chcę jechać z Beau. - Ogrom jej pragnienia wstrząsnął nią raz jeszcze, gdy wypowiedziała te słowa. Jej głucha babka nadal spokojnie obracała rożen. Tłuszcz skapywał z mięsa, a odbicia płomieni tańczyły na ścianach.

- Chcesz wyjechać? - powiedziała w końcu Wiara. - Dlaczego?

Jąkając się i plącząc, przedstawiła logiczne, oczywiste powody, które wymyśliła z Beau. Beau przekonał ją, ale ona wątpiła, czy potrafi przekonać swoją matkę. Zacisnęła palce za plecami.

- Nie mogę poślubić nikogo innego... - Nie podziałało. Wiedziała, że nie podziałało.

Wiara wzięła głęboki wdech, gwałtownie i mechanicznie mie­szała gulasz.

- Urodziłam dwie córki. Koro. Żadna nie była piękna, cho­ciaż oczywiście nie umiem powiedzieć, jak teraz wygląda Wdzięk. Ale nie urodziłam córki, która miała by tyle siły, aby przeżyć tutaj bez postradania zmysłów.

- Mamo? O co ci chodzi?

- Możesz jechać! - Wiara z furią obracała kopyścią. - A teraz zmiataj siad!

Kora zaczęła się wycofywać, aż wpadła na ławkę, gdzie klapła z podciągniętymi kolanami. Wpatrywała się w rodzinę. Być może dostrzegli wyraz jej twarzy, bo nikt nie poprosił jej o pomoc, dopóki nie zasiedli do stołu.

Wiara usiadła jak najdalej od Kory, obok Emish, swojej przy­jaciółki z Doliny Garden, oddalonej o pół dnia marszu. Przyszła do Beaulieu „pomagać w żniwach”. Kora nie patrzyła na nią. Nadal była oszołomiona. Ale zdawała sobie sprawę ze spojrzeń, jakie jej rzucano.

Braciszek Zmysłowość wstał. Mity zeskoczył z jego kolan i stanął obok, a jego głos nagle przybrał na sile:

- ...Świeży chleb, pieczone mięso i chyba warzywny gu­lasz. Stół gustownie udekorowano małymi rzeźbami Dywinarchy.

- Wystarczy, Mity. - Fłamen miał głęboki, nieprzyjemny głos. - Bracia i siostry, bogowie dziękują wam za waszą wiarę i gościnność, jaką okazaliście ich sługom. A dzisiejszego wieczo­ru szczególnie dziękują wam za prezent. Kwiat waszych dzieci, Piękny Garden, zostanie na zawsze zachowany jako duch.

Kora zauważyła, że matka Beau, Litość, płacze. Siedziała tuż obok i widziała łzy płynące jej po twarzy. Perance, jej mąż, obejmował ją delikatnie, ale Litość nie mogła oderwać oczu od twarzy Braciszka.

- Doradca, któremu dostanie się Beau, to ateistyczna dama - oznajmił flamen. Powiedział to tak, jakby Beau miał zostać oddany jego ciotce, starej pannie. Flamenowie nie mają ciotek, przypomnia­ła sobie Kora. Gardenowie wstrzymali dech. Przeciwniczce flame-nizmu? Czyżby Beau jednak nie miał zostać duchem?

A sam Beau, który myślał, że dostanie się bogu, wyglądał jakby był w szoku.

- Doradca Belstem Sumer, o którym na pewno wszyscy słyszeliście, chce w szczególny sposób uświetnić dzień, w którym jego córka, Aneisneida, obejmie miejsce w Elipsie. Zastąpi Sio­strzyczkę Czystość, która zginęła w wypadku razem z lemanem, nie zostawiając spadkobiercy. Odbędzie się gala, a ceremonię uświetnią najpiękniejsze duchy z całej Soli. Wasz syn, Beaty, będzie przykładem cnót, jakie my, flamenowie, ciągle znajduje­my w Soli.

Kora nie wierzyła, że ktoś z jej rodziny może zabrać głos, ale wuj Cand przemówił, przełykając upokorzenie.

- Braciszku, dlaczego bogowie poniżają mojego bratanka, oddając go jednej ze szlachty? Dlaczego uśmiechają się do ateistów?

Flamen zwrócił twarz w stronę głosu Canda. Kryształy w oczodołach zalśniły okrutnym blaskiem.

- Życzeniem Dywinarchy jest, aby Aneisneida została uho­norowana jak każdy flamen wstępujący do rady. Postępujemy zgodnie z wolą bogów. A teraz milcz, zanim zapomnę o twoim stole i gościnności, człowieku.

Cand schylił głowę. Jedzenie stygło, ale nikt nie odważył się poruszyć.

- Niech bogowie radują się tym, co spożywamy - wymru­czał w końcu Braciszek Zmysłowość i opadł na krzesło. W po­dzięce Prudencja, żona Canda, pochyliła się, by pokroić mięso. Kora starała się wyrzucić z głowy szmer głosów i czekała, aż przestanie drżeć.


***


Kiedy sprzątnięto po uczcie, a flamen oddalił się do jedynego „przyzwoitego” pokoju, Wiara i Emish zaproponowały, że dopilnują owiec. Łacz, ojciec Kory, zgodził się na to, przyznając, że Emish powinna zarobić na swe utrzymanie, jeśli chce dłużej zostać w Beaulieu. Kobiety odeszły w ciemność razem z owczarkami.

Większe solne zwierzęta trzymały się z dala od ludzkich siedzib, z jednym wyjątkiem: drapieżców. Te bestie wyposażone w kły, szpony i niewinne twarzyczki w kształcie serc, były tak krwiożercze jak nic innego na soli i poza nią. Coraz bardziej smakowały im stada należące do ludzi i - gdy było to możliwe - sami ludzie. „Pilnowanie owiec” oznaczało dwie rzeczy: najnie­bezpieczniejszą pracę na farmie i schadzkę kochanków. W tym przypadku chodziło o drugie.

Kilka godzin po odejściu Emish i Wiary oczy Kory nadal były suche. Leżała obok Tici w najdalszej części domu oddzielonej od reszty zasłonami, na wąskim łóżku pod pierzyną, zbyt ciepłą na tę porę roku. Tici chrapała cicho. Kilka stóp dalej, na drugim posłaniu spali Radość i jej mąż, Uth, zmęczeni uprawianiem miłości. Sześcioletnia Merce i ich dziecko, Asure, oddychali szybciej.

Na wzgórzach wrzasnął drapieżca. Kora pomodliła się za owce, które Wiara i Emish mogły przeoczyć, kiedy zbierały stado. Jeśli drapieżcy poczują krew, zwierzęta nie pożyją długo.

Ale lak delikatny zapach jak woń krwi nie mógł się przebić przez smród Beaulieu.

Kora wiedziała, że po raz ostatni leży w gęstej, cuchnącej ciemności, otoczona ludźmi, którzy o nią dbali. Starała się nie zasnąć, plotąc warkoczyki z frędzli na pierzynie. Ale frędzle były krótkie i mogła upleść warkoczyki tylko dwoma palcami prawej ręki.

ROZDZIAŁ DRUGI


Następnego ranka Braciszek Zmysłowość sprawił cud. Wę­drowni flameni bawiący w Beaulieu nie płacili za gościnę cudami, gdyż było to zbyt wyczerpujące nawet dla bogów, o flamenach nie wspominając.

Na śniadanie na podwórku podano zimne mięso i owsiankę. Gent rozsypał ziarno, a indory, przepiórki i gołębie, którymi Beau od dziś przestał się zajmować, wyśpiewywały swe poranne trele. Beau siedział naprzeciw Kory. Wyglądał jak jagnię prowadzone na rzeź. Próbował spojrzeć jej w oczy, ale ona wpatrywała się nabożnie w statuetkę Dywinarchy znajdującą się na stole. Drżała na wietrze. Spoglądała na niebo, które przybrało kolor brudnego szkła, gdzie­niegdzie błyskały brązowe chmury. Jej rodzina skończyła jedzenie i stłoczyła się wokół podwórza, patrząc wszędzie byle nie na Braciszka, który ciągle żuł swoją owsiankę. Ciemne oczy Mity powstrzymywały ciekawskich.

Kora zebrała się na odwagę.

- Braciszku? Mam na imię Pokora - wyrzuciła z siebie znienawidzone imię najszybciej, jak potrafiła. - Braciszku, czy moja matka mówiła ci, że wyruszam z Beau do Królewca?

Zapadła cisza. Wydawało się, że nawet górskie ptaki przestały śpiewać.

- A, tak - odparł Braciszek, odchodząc od stołu i ocierając futro wokół ust. - Młoda kobieta wierna zobowiązaniom, która będzie musiała przetrwać samotnie. Pracowita, zdeterminowana, z wyobraźnią, służebnica pańska szanująca rodziców, dobra do rodzenia. Użyteczna w domu.

- Koro - Łącz stanął za nią i władczo położył dłonie na ramionach. - Córko, o co chodzi?

Zanim odpowiedziała, za oborą podniósł się zgiełk. Wszyscy spojrzeli w tamtym kierunku. Wiara i Emish szły solnym duktem, z poszarzałymi twarzami, odpędzając psy od brudnych spódnic.

- Zabili je - powiedziała cicho Wiara. - Pod naszym nosem. Osiem - osiem! - tegorocznych jagniąt. Drapieżcy wiedzieli, że są najmłodsze, przysięgam, wybrali je!

Ojciec Kory puścił jej ramiona i obrócił się, gdy dowiedział się o stracie. Dziewczyna cofnęła się, aby uniknąć pytań, i poka­zała Beau, że powinni spakować swoje rzeczy. W domu, bez słowa, ładowali ubrania do lnianych worków. Kora nasłuchiwała, jak jej matka zmywa z siebie krew w brudnej wodzie, która została po myciu naczyń. Emish opisywała masakrę.

Spojrzała na Beau.

- Dlaczego to mnie nie obchodzi? Widziałam, jak rodziły się te jagnięta, które zeżarli drapieżcy. Dlaczego nic nie czuję?

Beau wyglądał, jakby nie spał całą noc: pięknie podkrążone oczy, wspaniała łagodność.

- Nie mam pojęcia - mruknął.

- ...są w domu. Beau! Koro! - usłyszeli głos Prudencji. Cała rodzina stanęła w kręgu na drodze. Kiedy Kora zobaczy­ła, że otaczają Braciszka Zmysłowość, wiedziała, co nadchodzi. Cand odezwał się z szacunkiem:

- Przykro nam, że musimy o to prosić. Braciszku, ale te zabite owce oznaczają utratę tegorocznego chowu. Oczywiście, otrzymamy... wynagrodzenie... ale zanim to nastąpi grozi nam głód. Liczyliśmy na owieczki...

Braciszek uciął jego wywody.

- Rozumiem - rzekł.

Gardenowie pochylili głowy w modlitwie. Zapadła cisza tak głę­boka, jakby świat się zatrzymał. Kora widziała już wcześniej cuda, więc nie liczyła na to, że ujrzy coś więcej niż błysk światła na kry­ształach soli i pot na czaszce Braciszka. Minuty mijały. Dwa koguty zaczęły się bić na dachu kurnika i Prudencja spojrzała na nie zza pal­ców, najwidoczniej walcząc z pokusą machnięcia na nie spódnicą.

W końcu się dokonało. Kiedy większy kogut, zwycięzca, czyścił sobie pióra, z końca doliny dało się słyszeć ciche beczenie.

Krąg się rozpadł, a dorośli i dzieci, śmiejąc się, podnieśli głowy. Osiem białych kłębków zdobiło wzgórze jak osiem śnież­nych kuł. Kora wciągnęła powietrze, kiedy jagnięta ruszyły ku domom. Mity objął Zmysłowość - dziwnie wyglądało dziecko podtrzymujące dorosłego - i poprowadził go do otwartych wrót.

- Wy dwoje, chodźcie!

- Córeczko - powiedziała Wiara.

Stali przed nią w trójkę: ojciec, matka i Emish. Wiara miała mokrą spódnicę, ale zdążyła zapleść włosy. Mocno objęła Korę i pocałowała w czoło. Kora przełknęła łzy i odwzajemniła uścisk, pragnęła nigdy nie wypuszczać matki z ramion. Kiedy Łącz przytulił je obie, pomyślała, że w Niebiosach nie mogłaby być szczęśliwsza.

- Mamo, tato, nie chcę...

- Owszem, chcesz. Moja mała dziewczynka. Och, tak bar­dzo cię kocham! - szepnęła Wiara. Kora nie była pewna, czy w głosie matki usłyszała żal, czy ulgę.

Łącz odciągnął ją na bok.

- Policzę się z twoją matką, kiedy odejdziesz. Pozwoliła sobie na zbyt wiele. Jesteś moim jedynym dzieckiem, a to dużo znaczy dla mężczyzny, i zawsze potrafiłaś docenić piękno zboża.

Te słowa pomogły Korze powstrzymać łzy, gdy ciotki, wujo­wie i kuzyni ją żegnali. Tylko Asure zagroziła samokontroli Kory, wyśmiewając jej powagę. Beau też się oberwało.

- Piękny, bylibyśmy mniej zaszczyceni, gdybyś założył własną wioskę!

- Twoja ciotka. Wiara, jest najszczęśliwszą kobietą na świe­cie - dorzucił złośliwie Łącz.

- Koro, wrócisz, kiedy będziesz mieć dużo pieniędzy, praw­da? - zapytało jakieś dziecko.

Kora szła tyłem do bramy z Beau przy boku.

- Żegnajcie! - zawołała, wymachując ramionami.

- Żegnajcie - wymruczał Beau.

Obrócił się i ruszył przed siebie z pochyloną głową. Wiatr rozwiewał włosy Kory i podnosił futro na przedramionach. Braciszek i Mity szli tak szybko, że musiała do nich podbiec. Roz­mawiali, jakby widok rozdzielanych rodzin był dla nich czymś normalnym. Jej bliscy byli już tylko plamą na tle długiego, kamiennego muru, plamą we wszystkich odcieniach brązu, tak odmienną od ośmiu, cudownie zrodzonych na wzgórzu owiec.


***


Spali na szlaku. Mity niósł lekki plecak, w którym mieściły się wszystkie rzeczy jego i flamena. Lniane wory Kory i Beau zdawały się cięższe z każdym rankiem. Minęli pięć wiosek i do­tarli do miasteczka Nece. Odkąd Kora i Beau sięgali pamięcią, przychodzili tam każdej wiosny i jesieni na targ. Za osiemnaście dni miał się odbyć letni jarmarki i zapyziałe miasteczko zaczynało się ożywiać. Przed narodzinami Kory nie tylko piwo, ale i wino lało się na jarmarkach, a drzwi rzemieślników nieomal wypadały z zawiasów. Teraz jednak radość była przyćmiona; kończył się Boski Cykl. Czarne wstążki zdobiły ramiona dzieci bawiących się na drodze i rękawy kobiet zamiatających schody. Czarne Boskie Pieczęcie (małe podobizny Tronu) przysmołowano do drzwi i okien. Żałoba była symboliczna, ale miała w sobie coś prawdziwego: z końcem Boskiego Cyklu zawsze nadchodziły ogromne zmiany. Mieszkańcy Nece kłaniali się Zmysłowości i spoglądali na Korę i Beau.

Tego samego popołudnia ruszyli dalej wiejską drogą. Kora i Beau rzucali zaciekawione spojrzenia na podwórka kowala, rymarza, rzeźbiarza, kamieniarza, snycerza. Z drzwi podobnych do jam na wzgórzu wydobywały się dym i para, woły machały ogonami, a kobiety plotkowały. Przeszli ostatnie wzgórza i wkro­czyli na równiny.

Wszędzie kończono żniwa, a wędrowcy zawsze znajdowali miejsce do spania, gdyż tamtejsi ludzie byli tak pobożni jak ci z soli. Z religijnym stoicyzmem dbali o swoje owce, krowy, kozy, indyki, kaczki, kury, zboże i dzieci. Dzieci gapiły się na Beau, a dorośli twierdzili, że sama jego obecność jest wystarczającym wynagrodzeniem za nocleg. Kiedy Kora mówiła, że jest narze­czoną Beau, spoglądano na nią z ledwie skrywaną zazdrością.

Podróżowali tylko trzy miesiące.

Na początku zimy doszli do Port Taite. Wiejska droga zmie­niła się w trakt prowadzący z Port Taite do Port Teligne, stolicy Domesdysu na północy. Szli między powozami szeroką, pylistą drogą. Po obu jej stronach leżały największe pola jakie Kora kiedykolwiek widziała w życiu, a za nadmorskim urwiskiem rozciągało się niewiarygodnie czarne, błyszczące morze.

Miasto leżało u podnóża skał.

- To jeszcze nic - powiedział Mity pewnego dnia, kiedy zniżył się do rozmowy z Korą i Beau. - W Porcie Taite mieszka tylko dwa tysiące ludzi. Powinniście zobaczyć Port Teligne albo jeszcze lepiej Samaal. - Mity urodził się na Kalwarii, północnym kontynencie, gdzie każdy pracował w kopalniach rudy tak, jak Domesdianie pracowali na polach. Kora pomyślała, że chłopiec bez wątpienia przesadzał: czy gdziekolwiek mogło być więcej ludzi i domów niż tutaj? - Albo Miasto Delta.

Ludzie z Port Taite byli Domesdianami porośniętymi brązo­wym futrem, ale nie wieśniakami, więc nie gapili się bezwstydnie na Beau, jak to czynili ludzie w mijanych siołach. Idąc za Mitim do centrum miasta, Beau rozglądał się ciekawie na boki, a jego ożywienie sprawiło, że Korze spadł kamień z serca. Co najmniej tuzin razy przyłapała go na próbach zniszczenia swej urody. Nakryła go nawet klęczącego nad poidłem dla bydła, z twarzą zanurzoną w wodzie.

Wiedziała, że nie poświęcała mu dostatecznie dużo uwagi: powinna ciągle być przy nim, a zamiast tego rozmawiała z wieś­niakami, dowiadywała się, co myśleli i dlaczego uważali go za pięknego.

Mijali takie cuda jak kafeterie, sklepy z ubraniami, islandzką łaźnię i antykwariat. Wszędzie trzepotały na wietrze czarne, żałobne wstążki. Port Taite był pobożnym miastem. Rozpoczynał się jeden z tych jasnych, zimowych dni. Słońce oświetlało nie myte włosy i brudne łachy, krzykliwe malunki i ozdobne płaszcze zamożnych ateistów, skrzynki na oknach pełne kwiatów kwitną­cych w zimie.

- Hej, solne dzieciaki! Zmiatajcie z ulicy! - Ktoś złapał ich za kurtki i odepchnął na witrynę sklepową, ratując ich spod wielkich kół powozu, który przemknął drogą. - Przepraszam, Piękny! - powiedział mężczyzna, kiedy zobaczył Beau. - Słońce świeciło ci w twarz. Przepraszam.

- Nie szkodzi - odparł oszołomiony Beau. Między nimi i powozami na ulicy podniósł się kurz. - Co to było?

- Jeden z młodych ateistów. Patrz. - Kolejny powóz gnał wąską ulicą. Tym razem Kora zauważyła zwierzęta pociągowe, psy wielkości sporych cieląt. Czerwona uprząż odcinała się od ich czarnego futra. - Ścigają się.

- Czekaj - rzucił skonsternowany Beau. - Braciszek Zmysłowość zniknął.

Kora nie przejęła się tym specjalnie.

- Znajdziemy go później. Albo on znajdzie nas. Na pewno nie chce cię stracić.

Beau odwrócił się do ich wybawiciela:

- Panie... Nie widziałeś, dokąd poszli flameni leman, z któ­rymi przyszliśmy? Wielki mężczyzna o jasnobrązowym futrze i mały Kalwaryjczyk...

- Braciszek Zmysłowość! - Mężczyzna uderzył się w pierś. - Nie mów, że to ty jesteś duchem! Całe miasto aż huczy od plotek o twoim przybyciu. Jesteś tak piękny, jak mówią- skłonił się lekko.

- Ja., ja...- jąkał się Beau.

- On kłamie - syknęła mu Kora do ucha. - Gdyby miesz­kańcy o tobie wiedzieli, już by cię zauważyli.

- Flamen wynajmuje pokój na ulicy Finilar, wszyscy o tym wiedzą. Mogę was tam zaprowadzić. - I ruszył zatłoczoną ulicą. Beau popchnął Korę. Zła, schwyciła go za ramię i szepnęła:

- Nie ufam...

- Bzdura! Wie, kim jest Zmysłowość!

Mężczyzna przyjrzał się uważnie ich zniszczonym strojom.

- To niedaleko... ulubiona gospoda Zmysłowości nazywa się Srebrna Łódź. Właściciel nie bierze od niego pieniędzy.

Prowadził ich coraz węższymi uliczkami, gdzie śmieci pię­trzyły się przed zamkniętymi drzwiami. Kora uważała, gdzie stawia stopy i żałowała, że ma tylko jedną parę oczu. Dwa koty, które nagle wyskoczyły z okna, prawie wywołały u niej apopleksję.

Mężczyzna stanął.

- Jesteśmy na miejscu.

- Tylne wejście? - rzekła Kora sarkastycznie, stając przed Beau. Mężczyzna odwrócił się i skoczył ku niej. Słońce zabłysło na ostrzu noża.

Świat zwolnił, widziany jak zza szyby. Kora usunęła się z drogi, Beau uskoczył, mrucząc coś pod wpływem zaskoczenia. Mężczyzna obrócił się ze zmrużonymi oczami i zarozumiałym uśmiechem. Kora wykonała kolejny unik, a on potknął się i stracił równowagę. Chwy­ciła go za ramię i przyklęknęła, miażdżąc mu gardło kolanem. Wyrzucił z siebie urywaną prośbę, ale ona czuła tylko straszną żądzę sprawiedliwości... a może chęć wyrównania rachunków?

Trysnęła krew. Popłynęła czerwonym strumieniem z gardła mężczyzny, wsiąkając w kołnierz.

Nóż upadł z głuchym brzękiem. Kora stała przerażona, dopóki Beau jej nie odciągnął i nie zasłonił jej oczu. Kiedy ciągnął ją wzdłuż rzędu zamkniętych drzwi, mruczał rytmicznie:

- Nie chciałaś. Zabiłby nas. Myślał, że jesteśmy bezbronni. Myślał, że mamy pieniądze. Nie chciałaś... - aż w końcu Kora go odepchnęła. Biegli do utraty tchu, a gdy poczuli się bezpieczni w tłumie, przyjrzeli się sobie uważnie, szukając śladów zbrodni.

Na szczęście krew nic splamiła ich ubrań ani futra. Była tylko na rękach Kory. Wyczyścili je szybko. Kora rozejrzała się, cała drżała.

- To tutaj zgubiliśmy Braciszka.

Beau patrzył na nią przez chwilę, a potem przycisnął do piersi.

- Koro, muszę ci podziękować. Ten oszust mnie też by zabił. Pomyśl, to straszne, umrzeć od noża jakiegoś kieszonkowca, skoro mam być duchem w Mieście Delta!

- Nie mów o tym! Nie mów, nie mów, nie mów i na litość Niebios nie dziękuj mi...

Niszcząc jedno życie, ocaliła dwa. Oczywiście, że było warto.

„Ale jeśli raz usprawiedliwisz odebranie życia, gdzie się za­trzymasz?”

Dreszcz przebiegł jej po karku.

„Zabiłam. Znowu”.

Miała dziewięć lat, jej dziadek, Stary Cand, pięćdziesiąt pięć i wiedział, że umiera. Nie rozumiała, dlaczego reszta rodziny tego nie przyznawała. Obchodzili śmierć na palcach i ubierali w inne słowa, a Kora i Cand długie godziny spędzali na rozmowach o tym, co się sianie z jego ciałem po śmierci i jak jego dusza uleci z Beaulieu do Niebios. W końcu dziadek skierował rozmowę na trucizny.

Ciągle czuła gorzki odór napoju, który mu podała. Przełykał łapczywie, oczy wyszły mu z orbit. Kora wyśliznęła się z pokoju, tłumiąc paniczny szloch. Zbyt późno zrozumiała, że zrobiła stra­szną rzecz, i wtedy zobaczyła ją Wiara. Kiedy znalazła Canda, było już za późno. Od tamtego dnia wszystko pomiędzy matką i córką się zmieniło. A teraz zrobiła to znów...

Padł na nich długi cień. Beau puścił ją. Przed nimi stał Braci­szek Zmysłowość.

- Moje zguby się znalazły. Udał się wam spacer?

O okno gospody opierał się ktoś jeszcze. Kiedy Beau tłuma­czył się nieskładnie, ten ktoś poruszył się i Kora zauważyła, że była to wysoka kobieta o ostrych rysach twarzy, w szacie flamena. U jej boku podskakiwał mały chłopiec. Słońce lśniło w kryszta­łach zarastających jej oczy.

- To Siostrzyczka Stanowczość - powiedział Braciszek Zmysłowość z satysfakcją. - Od teraz ona się tobą zajmie, Beau.

Niezależnie od tego, jak spali w drodze, dzielenie łóżka nie wchodziło w rachubę, choć Kora bardzo chciała mieć Beau u bo­ku, aby ją pocieszył. Miała Siostrzyczkę Stanowczość. Zanim zdmuchnęły świecę. Kora zobaczyła, że flamenka miała pierś płaską jak mężczyzna, z dwoma nienaturalnymi kępkami futra. Na szczęście materac był twardy i nie zsuwały się ku sobie.

Kiedy oddech Stanowczości się wyrównał. Kora leżała na plecach i nasłuchiwała gwaru dobiegającego z dołu. Mity powiedział jej, że wino podawane w tawernie jest znacznie mocniejsze niż piwo, a fajki nabija się nie tylko tytoniem.

„Oto, co w jedno popołudnie zrobiło ze mną miasto”, pomy­ślała.

W środku nocy przyśnił jej się koszmar pełen krwi. Poderwała się, dzwoniąc zębami. Pod drzwiami dostrzegła wąski pas światła, który pomógł jej zorientować się, gdzie jest. Zaspana flamenka w koszuli nocnej zamajaczyła w ciemności i Kora poddała się zimnym dłoniom, które popchnęły ją z powrotem na poduszkę. Palce Stanowczości odpędziły koszmary, które miała przed ocza­mi i resztę nocy przespała bez snów.


***


Zjedli śniadanie w jadalni tawerny, gdzie światło wpadało przez szybki oprawione w ołów, a jedzenie miało smak srebra. Potem poszli do portu. Kora zauważyła, że Stanowczość, podob­nie jak Zmysłowość, zawsze wiedziała, gdzie znajduje się Beau. W porcie były dwa nabrzeża, wychodzące na zatokę, a ponieważ pora roku sprzyjała żegludze, tuziny statków cumowały przy nich tak gęsto, że czasami można było przejść po nich z jednego doku do drugiego. Kutry rybackie stały obok jachtów i oceanicznych kliperów, których maszty były tak masywne, że dziw brał, iż statki nie przewracały się na boki. Bagaże i skrzynie pełne dóbr leżały w stosach przy cumach kliperów. Mężczyźni i kobiety schodzący po trapach, obnosili wymyślne i błyszczące ubrania, na widok których Korze zabłyszczały oczy.

Zmysłowość poprowadził swą gromadkę pomiędzy rybakami wyładowującymi sieci pełne rzucających się śledzi, do klipera, który na dziobie miał olbrzymi żelazny kwiat.

- To „Królewski Kwiat”. Zarezerwowano cztery miejsca. Ruszacie z przypływem.

Kilku rybaków z futrami sztywnymi od soli, poganiało ludzi ładujących bagaż na „Kwiat”.

- Przystań jest za wąska dla nas wszystkich!

Kora spodziewała się, że lemani użyją swego autorytetu i grzecznie poproszą mężczyzn o zniżenie głosu, ale Mity i Kor spojrzeli na siebie, po czym przesunęli się. Fale uderzające o burty statku były zielono-czarne. Ta sól miała w sobie coś ostrego i dzikiego. Nad ich głowami zawodziły mewy.

- Będę cię żałował, Piękny - powiedział Zmysłowość. - Ale kiedy zostaniesz duchem, odwiedzę cię w apartamentach pani Aneisneidy. I zobaczę cię na własne oczy w Niebiosach.

Czarne, świetliste oczy Mitego spoczęły na Korze. Nagle poczuła, że myśl o jego pielgrzymce na sól jest trudna do wytrzy­mania. Jeśli Zmysłowość dożyje dorosłości Mitego, wybierze sobie nowego lemana i zgodzi się, aby chłopiec żył w świecie, ale jeśli wcześniej umrze, ten będzie musiał wybrać między flamenizmem a ateizmem. Być Braciszkiem czy lordem?

Wiedziała, co wybierze. Jego pobożność była czysta i niewąt­pliwa.

- Żegnajcie - powiedział słodko. Nawet jeśli znał jej myśli, nie okazał tego. A potem, będąc jednocześnie dzieckiem i lemanem, syknął: - Nigdy nie zwiedzisz tylu miast co ja, Koro. Ale poczekaj, aż zobaczysz Miasto Delta! Zrozumiesz wtedy, że Port Taite to tylko kupa gnijącego drewna. Idziemy, Braciszku. - Ruszyli wąską ścieżką między srebrnymi górami ryb.

Kora nie oczekiwała niczego od Braciszka, ale mógł okazać więcej żalu, żegnając Beau. W końcu Beau był najpiękniejszą istotą, jaką Zmysłowość spotkał w życiu! Potem zauważyła cien­ką, czarną linię krwi na policzku Beau. Wtedy zrozumiała. Flamen uściskał go, co było niezwykłe, i jeden z kryształów soli rozorał chłopakowi policzek.

Belki pokładu „Królewskiego Kwiatu” były ze sobą splecione jak nici materiału i uginały się pod stopami. Domesdiański statek cały zbudowano z drewna, w przeciwieństwie do cumujących obok kalwaryjskich, które miały maszty i burty z metalu. Mary­narz o ogorzałej twarzy sprowadził ich pod pokład.

- Tutaj i tutaj. Do usług. Siostrzyczko.

Stanowczość słuchała, jak Kor opisuje małe drzwi przypomi­nające luki.

- Tylko dwie kajuty dla nas. Cóż, wielu możnych musi podróżować tym statkiem. Zazwyczaj tylu lordów i dam nie kręci się po porcie, zapewniam was. Będziemy spać tak, jak zeszłej nocy.

Kora rzuciła Beau zmartwione spojrzenie. Czy Kor będzie umiał powstrzymać Beau przed próbami samobójczymi? Czy dziecko rozpozna w porę niepokojące objawy?

- Dobrze, Siostrzyczko.


***


Port był przepełniony, a nawigacja utrudniona. Załoga „Kró­lewskiego Kwiatu” nie pozwoliła im wyjść na pokład, dopóki nie minęli klifu zamykającego wejście do zatoki. Jednak potem Beau i Kora wybiegli na górę.

Wybrzeże Domesdysu zdążyło zmienić się w długą linię skał, zwieńczonych drzewami o zimowych barwach. Kora stała w mil­czeniu obok Beau, a ląd oddalał się, aż w końcu nawet czarna zatoka Taite zniknęła pod błyszczącym, zimowym niebem.



следующая страница >>