uzluga.ru
добавить свой файл
  1 2 3 ... 20 21

ROZDZIAŁ TRZECI


Piątego dnia podróży Kora leżała wysoko na linach, podska­kując od ruchów masztu. Był on zrobiony z pojedynczego, oko­rowanego pnia. Jego szczyt kołysał się w przód i w tył, a za każdym razem drżenie przechodziło przez jej ciało. Nie chciała schodzić, gdyż tu czuła się wolna. Dął zimowy wiatr, a „Królew­ski Kwiat” pruł tale tak szybko, że Kora nawet w bocianim gnieździe czuła pianę rozpryskującą się wokół burt.

Teraz, kiedy jedyną rzeczą w zasięgu wzroku był horyzont, gdzie czarna woda odbijała się od nieba prostą, jakby wyciętą linią, przeraziła ją jej własna kruchość. Poruszający się, ryczący kokon żagli otwierał się czasami i wtedy mogła rozejrzeć się wokoło. Żagle zrobione z cienkiego płótna były cudem same w sobie: kiedy wydymały się na wietrze, Kora widziała, jak naprężały się poszczególne nici. Nie wytrzymałyby dwudziestu minut, gdyby nie słowa flamena, chroniące je przed wszystkimi burzami.

Nie słyszała niczego, dopóki jeden z marynarzy nie wspiął się ku niej.

- Panienko! - odczytała z jego ust. - Zdarzył się wypadek!

Wyraz jego twarzy powiedział jej, co się stało; ruszyła za nim po drabinie. Dzwonienie w uszach zagłuszało jego słowa, ale domyśliła się, co zaszło. Zemdliło ją.

Beau próbował powiesić się w swojej kajucie. Było to pierw­sze takie zdarzenie, odkąd zaczął się rejs, i najpoważniejsze z dotychczasowych. Kor wszedł do kajuty i, wychowany na lemana, nie wrzasnął ani nie uciekł, tylko przeciął sznur, zanim doszło do tragedii. Jednak Beau nie mógł lub nie chciał mówić. Kora zbiegła po trapie, idąc, kołysała się ze statkiem. Długo tarła oczy, aż w końcu odzyskała wzrok.

- Zabraliśmy młodego Pięknego do kajuty damy Hempwaite - powiedział zmartwiony marynarz. - Pospiesz się, panien­ko, pytał o ciebie...

Kora przełknęła żółć, która podeszła jej do gardła, i ruszyła ku ostatnim drzwiom w korytarzu. Dama Hempwaite z Królewca nosiła imię Zerenella i pochodziła z tej szlachty, która wzbogaciła się na wyciskaniu pieniędzy z podległych jej prowincji dzięki nakładaniu podatków, których flameni nigdy nie zbierali. W ka­jucie było podwójne łóżko. Wysoka, zielonofutra dama Hemp­waite stała w jego nogach i zasłaniała usta szczupłymi dłońmi.

Beau leżał skulony, twarzą ku ścianie. Kora odgarnęła mu włosy z karku drżącymi palcami i ujrzała okropny naszyjnik łączących się ze sobą siniaków. Przypominały ciemne śliwki.

- Beau! - szepnęła niepewnym głosem. - Kuzynie, na­rzeczony... Dlaczego to sobie zrobiłeś? Nie rozumiem. Czy już ci na mnie nie zależy? Jak mogłeś pozbawić nie tylko mnie, ale całą rodzinę, tego zaszczytu?

Poruszył się i spojrzał na nią fioletowymi oczami, tak prze­krwionymi, że nie potrafiła z nich niczego odczytać.

- Już dostali swoją część.

- Och, Beau... - Położyła się obok niego na puchowym materacu, a on objął ją ramieniem.

- Przepraszam. - Chrypiał, jakby od tygodnia nic nie mó­wił. - Nie przestałem... myśleć., o tobie! Kochać cię... po prostu zapomniałem...

To była jej wina. Wiedziała, że nie spędza z nim dostatecznie dużo czasu, a odkąd płynęli „Królewskim Kwiatem”, poświęcała mu jeszcze mniej uwagi.

- To moja wina, moja wina... - szepnęła. Ogarnęły ją wyrzuty sumienia. Obrócił twarz w jej stronę i chociaż uśmiech, który jej posłał, przypomniał raczej grymas, było w nim tyle miłości, że Kora poczuła się winna. Objęli się, płacząc.

- Chciałeś oszukać bogów - wyszeptała. - Nie obchodzi­ło cię, że już za ciebie zapłacili.

- Tak. Byłem bardzo samolubny.

- To naturalne - odparła. - Tak naturalne.

Z jękiem wciągnął powietrze.

- Powinienem się poddać... Nawet gdybym nie miał zostać duchem, wszyscy kochaliby mnie tylko za moją twarz.

- Nie myśl tak - szepnęła bliska łez. - Ja cię kocham, bo jesteś Beau! Wyszłabym za ciebie i... i rodziłabym ci dzieci. Żaden flamen nie mógłby nam przeszkodzić, gdybyśmy zapra­gnęli tak żyć.

Zapadła długa cisza. Fale rozbijały się o burty.

- Myślisz, że gdybyśmy...

- Uciekli - rzekła cichutko, chowając twarz w jego wło­sach.

Zadrżał.

- To niemożliwe.

- Nie! Kiedy dotrzemy do Miasta Delta, możemy się wym­knąć. Mogliśmy w Port Taite. - Jej bluźnierstwo przeraziło ją.

- Moglibyśmy żyć razem. Pobrać się. Hodować zboże. Mieć dzieci...

- Bogowie, Koro, ja...

Zerenella Hempwaite, stojąca przy luku, obróciła się na pięcie. Kora zrozumiała, że ta kobieta wcale nie martwiła się o Beau, tylko obserwowała ich z niezdrowym zainteresowaniem, jak dwa zwierzęta w klatce.

- Pobożne, solne szczurki - powiedziała ze słodkim, śpiewnym akcentem, kierując się ku drzwiom. - Nawet jeśli on ma być duchem, świętym i w ogóle, niech ktoś dopilnuje, żeby zeszli z łóżka, zanim podrą narzutę.

Kora poczuła, że ktoś ją wyrywa z ramion Beau. Szarpnęła głową. W świetle wpadającym przez luk nie mogła rozróżnić szczegółów, ale stalowy uścisk na jej ramieniu mógł należeć tylko do jednej osoby i nie była to wcale Wenina, służąca damy Hemp­waite. tylko Siostrzyczka Stanowczość. Kaptur flamenki sięgał sufitu. Nie pachniała statkiem, a samotną medytacją, jak suszoną lawendą.

- Pokoro.

Kora nigdy nie słyszała takiej łagodności w jej głosie.

- Siostrzyczko?

- Muszę pomówić z młodym Pięknym. To nie pierwsze lakie zdarzenie, prawda? - Cmoknęła. - Cóż, nie jestem Bra­ciszkiem Zmysłowością, pełnym taniego optymizmu i zostawia­jącym sprawy swemu biegowi z obawy, aby ich nie pogorszyć.

- Siostrzyczko? - Beau spróbował mówić, mimo opuch­niętego gardła, ale jego struny głosowe się poddały. Podniósł się na łokciu.

Siostrzyczka postawiła Korę na nogi jak lalkę i całkowicie odwróciła od niej u wagę. Jej głos odbił się echem w małej kajucie:

- Piękny, muszę koniecznie z tobą porozmawiać.

Kora znalazła się za drzwiami, oparta o nie czołem, patrzyła na rzeźbienia.


***


Nigdy nic dowiedziała się, co flamenka powiedziała Beau. Wiedziała jedno: od tamtego okropnego popołudnia nic już nie było takie, jak przedtem.

Podróż trwała jeszcze trzy tygodnie. Każdej nocy dopadał ją głuchy żal, gdy leżała z zaciśniętymi pięściami obok Stanowczo­ści. We wszystkie niedziele Siostrzyczka prawiła kazania. Kora zmuszała się do uczestniczenia w nich, siedziała między maryna­rzami i słuchała religijno-historycznych przypowieści, jak ta o Krnąbrności, córce flamenki, która zawiodła swą matkę, dorad­cę w Mieście Delta, i źle skończyła. Kora była pewna, że Stanow­czość kierowała te słowa do niej.

Po pierwszym kazaniu zmusiła się, aby porozmawiać z Beau.

- Nie odzywałeś się do mnie przez ostatni tydzień. Nie rozumiem.

Zamknął oczy i wystawił twarz ku niebu, szukając natchnie­nia.

- Koro, muszę być duchem. Wiem o tym. Po to się urodzi­łem. Robiłem... te rzeczy... bo nie mogłem poradzić sobie z prze­znaczeniem. Ale muszę. Siostrzyczka Stanowczość powiedziała, że jedynym sposobem, aby ludzie okazali szacunek memu pięknu, jest zachowanie go. Pomyśl, jaką stratą byłoby... - roześmiał się. - Gdybym się zestarzał!

- Co ona ci zrobiła?

Spojrzał na nią zdziwiony.

Ledwo się odważyła wyciągnąć dłoń i dotknąć jego policzka. Włosy na nim były takie same jak zawsze. Jak mogła przyzwy­czaić się do życia z najpiękniejszym młodzieńcem na świecie? Jak mogła kiedykolwiek marzyć o wspólnych dzieciach?

- Nie proś mnie znowu, żebym z tobą uciekł - powiedział łagodnie. Podskoczyła. - Radzenie sobie z tą sytuacją jest wy­starczająco trudne. Zapominam i potem chcę ich pozbawić saty­sfakcji posiadania mnie, a muszę pamiętać, że i tak umrę.

Załkała krótko i ukryła twarz w jego piersi. Włożył dłonie w dekolt jej bluzki i pogładził krótkie futro na ramionach.

- Nic rozumiem! - powtarzała. - Nie rozumiem!

Nie odpowiedział. Zastanawiała się, czy zamknął się w sobie tak bardzo, że już jej nie słyszał?

Później wiele czasu spędziła, wdrapując się na bocianie gniaz­do, aby zatracić się w ogromnym, kołyszącym widoku, przy którym była taka mała. W końcu marynarze pozwolili jej pełnić wachty.

Właśnie z bocianiego gniazda, pomiędzy łopoczącymi żagla­mi, dostrzegła po raz pierwszy Królewiec.

ROZDZIAŁ CZWARTY


Trzynaście i pół wieku temu mężczyzna, którego prawdziwe imię szybko poszło w niepamięć, pierwszy pożeglował w górę Chromu, aż do jego źródeł. Zwano go Wędrowcem. Niektórzy powtarzali, że cudem było już to, iż jego krucha łódka sprostała takiej podróży. Ale czy to za sprawą szczęścia, czy z woli bogów, był on żywy i w pełni sił, gdy dotarł do górnego biegu rzeki po przeprawie przez wiry, solne pustynie i po stawieniu czoła dra­pieżcom, którzy nawiedzali Chrom. Był wytrwały. Kiedy rzeka zniknęła pod ziemią, podążył w solne góry. Wzgórza szybko zmieniły się w kompletnie jałową równinę, na której nie było nawet owadów. Wiatr zawodził tam tak słodko, że mężczyzna zapłakał za domem, którego miał już nigdy nie ujrzeć. Kryształy soli opanowały jego oczy. a on sam zemdlał z głodu i zmęczenia. Wtedy objawili mu się bogowie i gdy spał, zabrali go do Niebios.

Ponad rok później wrócił do Miasta Delta oślepiony solą, ale wynagrodzony przez bogów mocą czynienia cudów. W następ­nych latach kryształy soli nie rozróżniały biednych od bogatych, głupich od mądrych. Dawały moc każdemu lemanowi, który odważył się jej szukać. Wędrowiec był jednak fenomenalnie silny, być może dlatego, że on pierwszy został obdarzony. Kiedy jego cuda nie przekonały ludzi o istnieniu bogów, namówił swych przyjaciół na wyprawę na sól, aby ujrzeli Niebiosa na własne oczy: mężczyzn, ich żony i dzieci. Długo i bezowocnie błądzili po pustkowiach. Niejeden raz byli o krok od buntu. W końcu bogowie wysłuchali błagań Wędrowca i pozwolili im wejść do Niebios, ale pod warunkiem, że dorośli pozwolą się oślepić.

Kiedy wrócili do domów, wspaniałe opowieści dzieci-przewod­ników i moc dorosłych siały się początkiem flamenizmu. Kobiety, które wśród ludzi Wędrowca traktowano nie lepiej od niewolników, zyskały możliwość stania się flamenami. Kobiety i mężczyźni rozeszli się po świecie. Zanim Wędrowiec umarł, usłyszał, że armie uzbrojonych lemanów ruszyły we wszystkie strony świata: do zielonych lasów Veretry, kamienistych ziem Domesdysu, śniegów Islandii i do Kalwarii, której północne krańce płonęły pod równikowym słońcem. Wojny Nawróceniowe były krucjatą przeciw kultowi słomianych lalek i gejzerów, a także przeciw ignorancji i barbarzyństwu. Nie powinno się ich nazywać wojna­mi. Rzadko kiedy armia musiała kogoś zabijać, aby udowodnić przewagę flamenizmu. W krótkim czasie ostatni barbarzyńca przyrzekł pobożność i świat stał się Dywinarchią. Sam Dywinarcha ze swą Gwardią i pięcioma Inkarnacjami przybył, aby za­mieszkać na ludzkich ziemiach.

Miał piętnastu następców. Przez wieki ponad stu trzydziestu bogów uosabiało Inkarnacje. Gwardziści zmieniali się tak często, że nawet flameni, którzy uczyli się wszystkich religijnych przy­powieści, gdy tylko tracili wzrok, nie mogli podać nawet ich przybliżonej liczby. Flameni byli sumiennymi pasterzami: ich cuda mogły naprawić wszystko, co uznali za złe. Do 1208 roku ani jedno pokolenie ich owieczek nie zboczyło ze ścieżki wyty­czonej przez rodziców. Nikt nie wiedział, ile bogowie mieli wspólnego z „ciemnymi wiekami”. Jednak wszystko ma swe granice i żadne boskie istoty nie mogą bez końca powstrzymywać rozwoju świata, nawet jeśli obdarzyły go tak niezbadaną wiedzą jak cudotwórslwo. Stabilność zaczyna gnić od środka.

Podczas stuleci istnienia Dywinarchii kontrasty między prowin­cjami Soli były większe, niż zamierzono. Flameni głosili, że nikt nie powinien żyć lepiej od swego sąsiada, nawet tego na końcu świata. Była to szczytna idea. Nie mogli jednak wyegzekwować jej prze­strzegania, a winę za niepowodzenie ponosiły ludzkie błędy. Kiedy Zeniph Antyprorok ogłosił swoją rewolucyjną tezę, że bogowie wcale nie są bogami, przepaść między klasami drastycznie się powiększyła. Pokazał kilku Solnym, byłym lemanom, sztuczek, których ponoć nauczył się od bogów, a najbardziej brzemienną w skutkach była metoda uwieczniania słów na papierze. Jego uczniowie docenili ten wynalazek i użyli go do pisania odezw wywie-szanych na ulicach miast, gdzie nikt nie mógł ich odczytać. Głosili, że ich „monety” - kolejny pomysł, który Antyprorok podobno wyniósł od bogów - będą nowym środkiem płatniczym i niosą moc większa, od wszystkiego, co stworzyli flameni.

Była to prawda. Wraz ze zmniejszaniem się liczby flamenów malała ich moc. Zupełnie, jakby czerpali swą energię z jakiegoś źródła, które zaczęło wysychać.

Kurczyły się też rezerwy zdolnych, godnych zaufania dzieci, którym rodzice pozwalali złożyć śluby lemańskie. A nawet one po śmierci swego flamena odchodziły, skuszone obietnicami szla­chectwa, nie zważając na złożone śluby i błagania przyjaciół. Bez­troskie życie lordów, których wyręcza we wszystkim służba, wła­dza ateistów zarządzających prowincjami, nieodpowiedzialność wędrownych szlachciców: to wszystko było bardzo pociągające.

W roku 1325 nie było dla nowych lordów i dam lepszego miejsca od Miasta Delta. Lśniło ono jak fajerwerk wśród miast Soli. A każdy pobożny i ateista wiedział, z jaką gorliwością przyczyniali się do jego upadku bogowie, co wieczór odnawiający swoje role.


***


Od wielu dni horyzont znaczyły białe żagle. „Królewski Kwiat” płynął teraz między nimi. Były tam statki z całego świata: miejscowe kutry z zielonofutrą załogą wciskały się między większe koraby i zupełnie ginęły przy transoceanicznych gigantach. Kora nie mogła uwierzyć, że statki mogą być takie wysokie. Za każdym razem, gdy mijali jakiegoś olbrzyma, wychylała się, aby dojrzeć figurę na dziobie: ptaki, ryby, bogów, kwiaty, kobiety, owady.

Jednak wszystkie przyćmiewało miasto, do którego się zbliżali.

Dokładnie przed nimi błyszczące, brązowe wody Chromu wpadały do morza. To było główne koryto rzeki; tysiące drob­niejszych kanałów tworzyły szeroką, bagnistą deltę, pokrytą tra­wą i kamienistymi wysepkami. Do nozdrzy Kory doleciał słony zapach gnijącej trawy i świeżej krwi. Daleko za zimowymi bag­nami dostrzegła linie nabrzeża.

Budynki Miasta Delta całkowicie pokrywały skalistą wyspę, na której je zbudowano, i zdawały się oklejać brzegi Chromu jak ostrygi. Miasto zachowywało dziwną, zwinną równowagę i przy­pominało ptaka, który obłapiał skałę szponami.

Na początku myślała, że płyną wprost na wysoki, skalisty klif, ale prąd rzeki zniósł „Królewski Kwiat” ku wysepkom. Statek pożeglował dalej na zachód wzdłuż brzegu i kiedy w końcu dotarli do klifu, ten zniknął. Byli na przystani.

- O bogowie, dajcie mi siłę - wymruczał Beau.

Kora przypomniała sobie, że w tym mieście ma on umrzeć. Ota­czał ich wysoki las masztów, nad głowami krzyczały stada czarnych i szarych mew. Nad nabrzeżami niosły się deltańskie głosy, nawo­łując, zachęcając i grożąc w imieniu wszystkich bogów. Śmieci pły­wały po wodzie. Pale podtrzymujące nabrzeża były wielkości ma­łych domów. Mężczyźni zwijali się jak w ukropie, skakali nad oleistą wodą, wołali o cumy, które marynarze z „Królewskiego Kwiatu” posłali nad ich głowami. Potem nastąpiło nie kończące się czekanie, aż kliper przybije do kei. W końcu wysunięto i zabezpieczono trap.

Pasażerowie udali się po bagaże pod pokład, ale Kor, Beau, Kora i Siostrzyczka mieli tylko lekkie torby, więc jako pierwsi zeszli na ląd.

- Do widzenia, Ollit! Na razie, Ratę! Cześć, Cidity! -wołała Kora do marynarzy, idąc za Siostrzyczką Stanowczość.

Domy w mieście miały co najmniej sześć pięter, a nad ulicami wisiało pranie, mosty i ogrody. Każde piętro wysuwało się trochę bardziej nad ulicę niż poprzednie, więc przecinali miejsca, do których słońce nie miało dostępu, bo najwyższe piętra łączyły się ze sobą. Ulice były o połowę węższe niż w Port Taite, a już tamte wydawały się Korze niezwykle ciasne.

Nie mogła sobie wyobrazić, że kiedykolwiek przyzwyczai się do życia w takim labiryncie. A to były główne ulice! Uliczki (czy tunele) biegnące między domami były jeszcze węższe i bardziej zakurzone. Nie sądziła, że jej pierwsze spotkanie z „krajem, gdzie wszystko jest zielone” będzie tak wyglądać! Jedyną zielenią, jaką dostrzegła, było futro Deltan.

Ślizgali się na gnoju, który leżał na chodnikach. Nie dostrzegła ani jednego powozu czy psiego rydwanu, ale przez tłum śmigało wiele ryksz o wielkich kołach. Panował większy hałas niż w dokach.

- Trzymajcie mocno swoje lorby - rzuciła Stanowczość przez ramię. Jakiś mężczyzna potrącił ją i pobiegł dalej, nie przeprosiwszy. Nikt z Deltan nie szanował flamenki: wrzeszczeli jej w twarz jak innym, zachwalając towary, kłócąc się czy flirtu­jąc: mieli nosowy akcent i mówili bardzo niewyraźnie. Kora stuknęła lemana w ramię.

- Czy miasto nie powinno... nie powinno być w żałobie? Nie widzę żadnych czarnych wstążek.

Kor skrzywił się i podniósł głos.

- To dzielnica Christon, mieszkają w niej głównie ateiści. Pobożni zamieszkują inną dzielnicę. Bagnisko. Może tam ludzi obchodzi, że ich Dywinarcha umiera. Tutaj nikt nie zawraca sobie tym głowy, przynajmniej nie publicznie.

Kora potknęła się o korzeń wyrastający ze ścieku. Kor schwycił ją i uśmiechnął się blado. Poczuła zapach jedzenia. Krople spadały na nich, gdy przechodzili tunelem. Wyciągnęła język i złapała jedną. Na szczęście była to tylko woda z czyjegoś wiszącego ogrodu.

- Tutaj - mruknął Kor do Stanowczości.

- Tutaj! - zawołała flamenka przez ramię i zniknęła na wąskich schodach. Buca, który całą drogę pozbawiony nadziei spoglądał w ziemię, ruszył za nią.

Kiedy Kora stanęła na pierwszym stopniu, zdjęła j ą ciekawość, więc spojrzała w górę na znak nad drzwiami. Wymalowano na nim łóżko i półmisek. Z jakiegoś powodu świadomość, że dotarli do gospody, odebrała jej zdolność ruchu. Musiała poczekać przed drzwiami, aż jej serce przestanie walić. Jednak kiedy przyjrzała się uważniej, półmisek przestał przypominać półmisek: im dłużej się wpatrywała, tym bardziej wyglądał jak źle namalowana głowa.

- Koro! - zawołała ją Stanowczość. - Nie stój na zew­nątrz! To niebezpieczne nawet za dnia!

- Idę! - ruszyła szybko po schodach. Dotarła nimi do holu oświetlonego świecami, gdzie Buca, Stanowczość i Kor stali naprzeciw jakiegoś obcego.

- Panie Larch - Kor uścisnął rękę mężczyzny. - To jest Pokora Garden, towarzyszka naszego ducha. Koro, pan Larch.

- Powierzam ciebie i twojego kuzyna jego opiece. Koro - powiedziała Stanowczość. - Jestem przekonana o jego wartości. Przewodzi on cechowi upiększaczy, którzy służyli flamenom od początków Dywinarchii.

- Nic muszę się więc przedstawiać, Siostrzyczko - rzekł Larch z błyskiem w oku. Skłonił się Korze. - Jesteśmy Domem Larch, jednym spomiędzy tuzinów podobnych znajdujących się w Mieście Delta, ale Dom Larch i flamenów łączy długotrwała więź. Za każdym razem, gdy flameni wybiorą ducha, przysyłają go tutaj, a my robimy wszystko, co w naszej mocy, aby umarł w dobrym stylu. - Zaśmiał się ze swego żartu. - Nie przyjmie­my innych gości tak długo, jak długo tu będziecie. Panno Garden, jestem pewien, że ja i pani kuzyn uznamy się za podniecających.

„Podniecających?!” Kora nie wierzyła własnym uszom.

- Jestem... jestem pewna, że tak! - odpowiedziała.

- Cieszę się, że przypadliście sobie do gustu. - Stanow­czość podniosła głowę i kryształy w jej oczach zalśniły. - Muszę was opuścić. Spotkamy się w Niebiosach, Piękny.

Jak Braciszek Zmysłowość, tak i ona objęła go. „Nigdy w ży­ciu nie poznaczyłby siebie tyloma bliznami, ile zostawi mu tych dwoje”, pomyślała Kora z goryczą.

Ale nagle wszystkie myśli uleciały jej z głowy, bo Stanowczość otoczyła ją ramionami, przycisnęła do policzka i wymruczała:

- Przepraszam, mała. Przepraszam, że muszę ci go odebrać. Masz dość woli życia za was dwoje. Myślę, że przekonałabyś go do ucieczki. I dobrze by się wam żyło. Ale tak musi być. - Uścisnęła Korę ostatni raz, a potem odeszła, powiewając szatami jak wielkimi skrzydłami, z Korem u boku.

Kora dotknęła policzka. Nie czuła bólu, ale na palcach miała krew znaczącą futro.

- Naznaczona! - wykrzyknął Larch radośnie. - Niektórzy mówią, że to na szczęście. Mam nadzieję, że to prawda, dla twojego dobra!



<< предыдущая страница   следующая страница >>